Kartka z kalendarza, 22 marca – Resident Evil \ God of War

Witajcie w Kartce z kalendarza w środę 22 marca. Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Wody oraz Dzień Ochrony Bałtyku. Środek tygodnia i obrodziło wpisami. Piotr Ziętal zabrał się za początki serii Resident Evil natomiast Marek Śledź, który debiutuje w Kartce z kalendarza, przedstawia swoją ukochaną serię o wściekłym Kratosie.

Miłej lektury.

Jakub Antoniuk

Resident Evil

Dwadzieścia jeden lat temu, mieszkańcy Japonii, mieli po raz pierwszy okazję zobaczyć i usłyszeć dziś ikoniczną sekwencję tytułową gry Biohazard, czyli pierwszej części kultowej serii na świecie znanej jako Resident Evil. Wraz z jej premierą na zawsze zmienił się rynek gier akcji i narodził się nowy gatunek: survival horror – horror z zagadkami logicznymi, strzelaniem do żywych trupów i innych genetycznych porażek oraz eksploracją rozległych lokacji. Gatunek natychmiast zyskał rzesze fanów na całym świecie, a co za tym szło, wielu (gorszych czy lepszych) naśladowców i niezliczonych spin-offów samej serii Resident Evil na wszelkie możliwe platformy.

W klimat gry miało nas już wprowadzić czarno-białe intro z aktorami, zaskakująco dobrze wyglądające na pierwszym Playstation i niebywale tandetne, a jednocześnie mrożące krew w żyłach. Wprowadzenie z montażem z charakterystyczną narracją z tzw. offu i charakteryzacją aktorów przypominające najlepsze/najgorsze horrory klasy B z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, których nie powstydziłby się sam George Romero. W tym graniczącym z kiczem klimacie jest utrzymana cała gra i między innymi ta atmosfera groteskowego horroru towarzyszyła serii przez kilka kolejnych odsłon.

Po efektownym preludium poznajemy hurtem naszą dziarską ferajnę, która zbiegiem okoliczności znalazła się uwięziona w rezydencji w Raccoon City. W zależności od wybranej kampanii, sterując Jill Valentine lub Chrisem Redfieldem, którzy na dobre zadomowią się w uniwersum RE. Pozostali członkowie S.T.A.R.S: Barry, Rebecca, Brad i sam Albert Wesker będą nam towarzyszyć w tej morderczej próbie rozwikłania zagadki Raccoon City. Ostatnim, ale i chyba najważniejszym bohaterem Residenta są zombie. Poznajemy pierwszego z nich, gdy musimy mu przerwać posilanie się jednym z naszych kolegów.

Jedną z bardzo istotnych cech Resident Evil w mojej osobistej ocenie, jest to, że obrócił kilka koszmarnych mechanik w zalety i znaki rozpoznawcze serii. Mocno ograniczone miejsce w ekwipunku wymuszało żonglerkę ekwipunkiem, czołgowe sterowanie, absurdalna implementacja zagadek (nie każdy z nas spotkał się z drzwiami zamkniętymi na klucz w formie płaskorzeźby lub kamieni szlachetnych, prawda?) wymagająca od nas ciągłego odwiedzania tych samych lokacji, ograniczone dostępność i liczba zapisów gry etc. To tylko kilka z powodów, dzięki którym ta gra wryła się milionom graczy w pamięć i pozostała tam do dziś. W zasadzie to większość elementów rozgrywki nierozerwalnie kojarzy nam się z dziełem Capcomu. Od udźwiękowienia menu, odgłosów kroków, czy strzelania przez design zombie, a szczególnie nadgniłych psów po wygląd mapy i specyficzną szatę graficzną ekranu zapisu gry.

Resident Evil dał początek eksplozji popularności gatunku survival horror w grach oraz dowiódł, że strach może współgrać z humorem, tandetą, kiczem i lekkim zażenowaniem. Polecam bez zastanowienia zapoznać się z odświeżoną wersją remastera gry z GameCube’a, gdyż zachowując klimat klasycznej jedynki. Oprócz współczesnej oprawy graficznej i animacji dodano opcję nowoczesnej wersji sterowania, które to zawarte w oryginale mogłoby się okazać przeszkodą nie do pokonania dla gracza w 2017 roku, a w grę po prostu trzeba zagrać.

Piotr Ziętal

***

God of War

Seria God of War leży w szczególnym miejscu w moim growym sercu. Świadczyć może o tym fakt, że Kratos – główny bohater gry znajduje się na moim ciele w postaci tatuażu. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień, kiedy mój starszy brat po powrocie do domu przywitał mnie słowami „Młody, mam nową grę”. Natychmiast wzięliśmy się za testowanie.  Po krótkim, intrygującym intro moim oczom ukazał się łysy, pokryty tatuażami facet dzierżący w dłoniach ostrza na łańcuchach. Od początku wiedziałem, że się polubimy, a chwilę później to, w jaki sposób spartiata eksterminował przeciwników, tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Gra ujęła mnie swoim prostym, acz satysfakcjonującym i płynnym systemem walki, niesamowicie klimatyczną ścieżką dźwiękową, projektem bossów oraz skalą starć.To wszystko w mitologicznym sosie, który uwielbiam. Nie ukrywam również, że lubię dobrze podaną i dopasowaną brutalność w grach. Po ukończeniu produkcji z niecierpliwością czekałem na drugą część.

Dwa lata później w moje łapy dostał się God of War II. Cóż mogę powiedzieć.”Bigger, better and more badass”. Grafika wyciskająca ostatnie soki z zasłużonej „czarnuli”, dwa razy dłuższa fabuła i jeszcze więcej wrogów do szlachtowania. Po prostu cudo.

Jakiś czas potem zaczęły dochodzić mnie słuchy o nowej, trzeciej odsłonie ukochanej już wtedy serii. Tym razem developerzy z Santa Monica postanowili  przenieść przygody Kratosa w nową generację konsoli. Po kilku latach oczekiwania na półkach sklepowych miał ukazać się tytuł, na który tak długo czekałem. W tamtym czasie posiadam konsolę konkurentów z Redmond, Xbox 360. Parę dni przed premierą pozbyłem się maszyny M$ by zakupić zestaw PS3 + God of War 3. Okres oczekiwania spędziłem na poszukiwaniu rozmaitych recenzji mojej wyczekiwanej gry. Tym sposobem poznałem stronę Gramy na Maksa. Chłopaki ujęli mnie sposobem w jaki opisywali produkcje, z prawdziwą pasją. Dowiedziałem się, że recenzenci prowadzą audycję na żywo w radiu. Od tamtej pory minęło trochę czasu, poznałem ekipę GnM, mnóstwo świetnych ludzi, zacząłem słuchać podcastów.

Jestem bardzo wdzięczny GoW-owi za radość jaką mi dał. Mam nadzieję, że twórcy staną na wysokości zadania i nadchodząca część przygód Kratosa spełni oczekiwania wszystkich graczy czekających na ten tytuł, czego i sobie i Wam życzę.

Marek Śledź