Kartka z kalendarza, 21 stycznia – Super Smash Bros. / Ikki Kajiwara (Tygrysia Maska)

Witajcie w sobotniej Kartce z kalendarza. Dzisiaj mamy 21 stycznia 2017 roku, w Polsce oraz Bułgarii obchodzony jest dzień babci. Tego dnia, wieku temu, Francuzi zgilotynowali za zdradę stanu króla Ludwika XVI. W Kartce dzisiaj kilka słów o historii Super Smash Bros. – bijatyki od Nintendo oraz kilka słów o Ikki Kajiwarze i jego Tygrysiej Masce. W rolach ekspertów dzisiaj występują Kasztaniak Zpocześla oraz debiutujący w Kartce Piotr Ziętal.

Miłej lektury.

Super Smash Bros.

Pod koniec lat 90. bijatyki przestały się rozwijać. Ukazywało się dużo tytułów jak choćby seria Tekken, Guilty Gear czy Street Fighter, ale na płaszczyźnie mechaniki wszystkie były takie same od lat, a wprowadzane w nich zmiany bardziej kosmetyczne. Ta sytuacja doskwierała Masahiro Sakurai, japońskiemu projektantowi gier pracującemu w podległym Nintendo studio Hal Laboratory. Ojciec różowej kulki Kirby czuł silną potrzebę zmian i miał na to doskonały pomysł. Problemem było kierownictwo Nintendo, które stawiało na gry przyjazne, skierowane dla całych rodzin. Jednak nie wszyscy w N byli przeciwko pomysłowi, jaki urodził się w głowie młodego projektanta. Wielkim entuzjastą był kolega z pracy, projektant – Satoru Iwata, ten Satoru Iwata. Postanowili, że w tajemnicy przed wszystkimi, w wolnym czasie, na własną rękę przygotują prototyp, który został nazwany Kakuto-Geemu Ryuoh (Król Smoków).

Gra nie zawiera wskaźnika zdrowia typowego dla wszystkich bijatyk. Zamiast tego, każdy gracz posiadał licznik procentowy, który określał stopień obrażeń. Im był większy, tym mocniej obrywaliśmy, a dokładniej rzecz ujmując dalej byliśmy odpychani. Punkty zyskiwało się, jeżeli udało nam się wyrzucić przeciwnika poza nieogrodzoną arenę, a traciło, gdy sami wypadliśmy poza nią. Poza własnymi umiejętnościami wykorzystywaliśmy pojawiające się co jakiś czas na arenach przedmioty, które ułatwiały nam nasze zadanie.

Ważnym elementem gry miało być wykorzystanie postaci znanych z uniwersum Nintendo takich jak Mario, Link czy Donkey Kong. Autorzy świadomi, że nikt nie przyklaśnie temu pomysłowi na własną odpowiedzialność, bez zgody umieścił w swoim prototypie ikoniczne modele. Ryzykowny ruch był opłacalny. Gdy reprezentatywne demo zostało zaprezentowane projekt dostał zielone światło.

Troszkę pomógł czas, w którym doszło do prezentacji. Wtedy zaczęły powstawać gry na mającą zadebiutować niedługo nową konsole Nintendo – Nintendo 64. Król Smoków idealnie wpasował się w koncepcję konsoli umożliwiającej podłączenie czterech kontrolerów. Gra ukazała się w Japonii 21 stycznia 1999 roku jako Nintendo All Star! Dairantō Smash Brothers.

Dostępne było 12 postaci. Od początku mogliśmy wybrać: Mario, Donkey Konga, Yoshiego, Linka, Kirbiego, Pikachu, Samus Aran z Metroid oraz Foxa McCloud ze Star Fox. Do odblokowania dodatkowo byli: brat Mario – Luigi, pokemon Jigglypuff, kapitan Falcon z F-Zero oraz Ness z Earth Bound.

Walki toczyły się na 9 arenach inspirowanych krainami znanymi z gier Nintendo. Dorzucono tryb dla pojedynczego gracza, który był krótki i #nikogo. Nintendo umiarkowanie wierzyło w sukces gry, dlatego też przeznaczyło na produkcję ograniczone środki i nie próbowało początkowo wyjść z grą poza Japonię. Mimo że miejscami produkcja była skrajnie uboga, to odświeżająca formuła rozgrywki okazała się strzałem w dziesiątkę i gra stała się niespodziewanym hitem. Sprzedało się około 2 miliony kopii gry. Podjęto decyzję, że produkcja będzie dostępna również poza Japonią. Przemianowanego na Super Smash Bros. Amerykanie otrzymali w kwietniu tego samego roku, natomiast Europejczycy musieli czekać aż do listopada. Finalnie poza Japonia zeszło ponad 3 miliony kopii, co dało piąte miejsce na liście najlepiej sprzedających się gier na Nintendo 64.

O kilka słów wspomnień związanych z Super Smash Bros. poprosiłem weterana serii – Kasztaniaka Zpocześla.

Bijatyki w czasach, gdy jeszcze nie miałem pojęcia co to internet były bardzo popularne, jednak mnie w nich przyciągała głównie grafika. Mechanika polegająca na ubijaniu paska życia przeciwnika nudziła mi się bardzo szybko, a do grania motywowało mnie głównie skopanie tyłka koledze, bo gra solo jakoś mnie nie przekonywała. Super Smash Bros. do dziś jest unikatowym rodzajem w swoim gatunku. Walka polegająca na wyrzuceniu z mapy to niby nic niezwykłego, ale w wykonaniu N, to było dla mnie istne arcydzieło.

Przyzwyczajony do walk jeden na jednego, gdy pierwszy raz usiadłem u kolegi w ekipie i graliśmy we CZTERECH NA RAZ, to był szok. Początkowo na ekranie panuje koszmarny chaos, sterowanie jakieś takie zupełnie inne, postacie oczywiście rodem z hitów Nintendo latały po mapie jak wystrzelone z rakietnicy i pierwsze, czego gracz musi się nauczyć to nie walka a powrót po uderzeniu kolegi rodem z serii „Ino ROZ”. Wystarczyła jedna sesja bym już zaczynał snuć myśli jak przekonać starych do zakupu. Możliwość gry w trybie Free For All sprawiała, że różnice w umiejętnościach walki same się balansowały i często dochodziło do epickich pojedynków a analogi w padach aż wrzały, ale nie od kombosów wszystkim znanych, a pojedynczych uderzeń i przepełnionych stresem powrotów, by dosięgnąć krawędzi mapy, podbiec i oddać znajomemu równie mocno. Okazało się, że paski życia nie są nikomu potrzebne. Urozmaiceń umiejętności, postaci, itemów, map, było tak dużo, że przy Smashu byłem w stanie spędzić cały dzień.

Przepiękna mechanika w połączeniu z możliwością znęcania się nad trzema znajomymi na raz nie miało innego wyjścia jak to, że do dziś jestem zagorzałym fanem. Jedyne czego żałuję to analogów w cholernie drogich padach…

Kasztaniak Zpocześla, Jakub Antoniuk

Ikki Kajiwara (Tygrysia Maska)

Polonia 1 w czasach mojej młodości była najcudowniejszą stacją telewizyjną dla wielu dzieciaków. To ona po raz pierwszy w Polsce zaczęła emitować w tak dużym natężeniu bardzo zróżnicowane, co prawda już wiekowe, ale wciąż dobre anime, które dzisiaj mają status kultowych. Generał Daimos, Kapitan Hawk, Gigi czy Yattaman to tylko niektóre z nich.

Wśród nich znalazła się również Tygrysia Maska, adaptacja mangi przełomu lat 60. i 70. autorstwa Ikki Kajiwara. 105 odcinkowy serial opowiadał o losach zamaskowane zapaśniku, tytułowej Tygrysiej Maski, adepta tajnej organizacji zwanej Jaskinią Tygrysów, która zajmuje się szkoleniem zapaśników w ekstremalnych warunkach. Była to opowieść o konfrontacji z byłymi nauczycielami po zwróceniu się przeciwko nim. Tygrysia Maska w odwecie za złamanie zasad musiał na ringu (oraz życiu codziennym) mierzyć się z kolejnymi zawodnikami, którzy mieli za cel jedynie jego pokonanie i zgładzenie.

Seria była dosyć specyficzna, brutalna i zdecydowanie nieprzeznaczona dla młodych chłopców takich jak ja wówczas, ale mało kto się przejmował tym, jakie treści są w telewizji. Zresztą niech w tej kwestii wypowie się wielki miłośnik tej serii, debiutujący w Kartce Piotr Ziętal.

Gdy z kilkudziesięcioletnim poślizgiem dotarło do Polski kilka okraszonych uroczym włoskim dubbingiem seriali anime klasy ‘C’ za pośrednictwem Polonii1, mało które zrobiły na mnie takie wrażenie jak dzieło powstałe na podstawie mangi autorstwa Ikki Kajiwary, czyli Tygrysia Maska – opowieść o bezkompromisowym, zamaskowanym zapaśniku i filantropie o gołębim sercu w jednej osobie.

Nie ujęła mnie w nim bogata linia fabularna, nieszablonowe postaci, czy ultra płynna animacja, moim młodzieńczym, ośmioletnim sercem zawładnęły za to: krew, przemoc i jej bezpardonowe, bardzo obrazowe przedstawienie. Po obejrzeniu kilku odcinków, dotychczasowi koszmarobywacze rodem z WWF, czyli The Undertaker, Chris Jericho, czy Tripple H nagle okazali się przemiłymi panami, co pewnie spędzają czas plewiąc ogródki swoich babć i omawiając arkana haftu krzyżykowego z kolegami z domu działkowca.

Ich miejsce zajęły bestie rodem z piekieł, żądne krwi potwory takie jak Mr No, The Golden Mask, czy Bestia kierowane przez pozbawionego skrupułów Pana X, gotowego na wszystko, byleby tylko pokonać Tygrysią Maskę, rzadko trzymając się zasad panujących w ringu. Nie mam pojęcia, jakim cudem Tygrysia Maska znalazła się w ramówce między Zaczarowanym Zwierciadełkiem a Kapitanem Tsubasą, ale mogę tylko być wdzięczny za nadanie twarzy moim dziecięcym lękom, które od tamtej pory, przez lata nosiły barwne, zapaśnicze maski, aż do nadejścia pana z metalową piramidą na głowie.

Tygrysia Maska nie była jedyną serią Ikki Kajiwara, w której głównym tematem była walka. Wiele jego mang było poświęcone w jakiś sposób tej tematyce i spora część doczekała się telewizyjnej czy nawet kinowej adaptacji. Tygrysia Maska była jednak spośród wszystkich najbardziej znana. Sam autor nie dotrwał do czasów, kiedy jego opowieść dotarła do naszego kraju. Zmarł 21 stycznia 1987 roku w wieku 50 lat.

Piotr Ziętal, Jakub Antoniuk