Kartka z kalendarza, 21 lutego – The Legend of Zelda \ Anthony Daniels (C-3PO)

Witajcie serdecznie we wtorkowej Kartce z kalendarza. Dzisiaj mamy 21 lutego, do Matki Boskiej Pieniężnej musimy czekać jeszcze tydzień. Obchodzimy dzisiaj Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego, więc może chociaż dzisiaj starajmy się używać mniej hamburgeryzmów. W Kartce tradycyjnie przedstawiamy dwa tematy. Wspólnie z Kasztaniakiem wspominamy The Legend of Zelda, a w dziele kulturki jedyny aktor, który zagrał we wszystkich częściach filmowych Gwiezdnych wojen.

Miłej lektury.

The Legend of Zelda

Wczoraj w Kartce opisywałem wspólnie z Konsolite Contrę, świetną grę ery NES-a w którą zagrywała się masa dzieciaków w na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Dzisiaj swój jubileusz ma inna, jeszcze bardziej znana marka tego okresu, świetnie znana na całym świecie, która dziwnym trafem nie jest specjalnie lubiana nad Wisłą. Panie i panowie… The Legend of Zelda.

The Legend of Zelda zadebiutowało 31 lat temu, 21 lutego 1986 roku na japońskim rynku. Utrzymana w klimacie fantasy gra łącząca elementy przygodówki, cRPG, gry akcji i gry logicznej. Jeden z najjaśniejszych symboli Nintendo, gra według pomysłu legendarnego Shigeru Miyamoto, ojca Mario i wielu innych świetnych marek Nintendo.

Wcielaliśmy się w postać ubranego w zielony kubraczek młodego woja imieniem Link, który musi odzyskać przedmiot zwany Triforce of Wisdom oraz uratować tytułową księżniczkę Zeldę, pogrążoną w głębokim śnie. Pod względem mechaniki gra była nieco uboższa i mniej dopracowana technologicznie jak choćby Dragon Quest, ale to ta prostota i ułatwienia oraz wciągająca fabuła, sprawiły, że The Legend of Zelda została tak dobrze przyjęta.

To była jedna z pierwszych gier wydanych w Japonii na Family Computer Disk System – ogromną nakładkę na Famicoma (japońska wersja NES-a) umożliwiającą odpalenie gier z dających większe możliwości dyskietek.

Produkcja z 1986 roku była początkiem wielkiej sagi, która wspólnie z konsolami firmy z Kioto przechodziła ogromne zmiany. Jak do tej pory ukazało się 20 gier z serii a najnowsza o podtytule Breath of the Wild ma być tytułem startowym na najnowszą konsole Nintendo – Switcha.

O Zeldzie i Linku przez lata powstała masa opracowań i prac naukowych, ale tylko dzisiaj i jedynie w Kartce z Kalendarza wyznania wielkiego miłośnika Zeldy, człowieka, który obecnie obgryzuje paznokcie w obawie czy jego zamówienie premierowe na Switcha z Breath of the Wild zostanie zrealizowane. Oto kilka słów od Kasztaniaka Zpocześla.

Urodziłem się za późno by dorastać wraz z początkiem serii. Pierwsza Zelda to dla mnie dziś ściana nie do przebicia. Ale nawet jako ta ściana jest fundamentem i inspirację co widać już po pierwszych minutach grania. Przeciwnicy, muzyka, itemy, historia, pieniądze, zagadki… Obserwując rozwój pomiędzy pierwszą częścią a nadchodzącym Breath of the Wild tracimy powoli grunt, bo ta przysłowiowa ściana zostaje poważnie naruszona. Odnosząc się do przejścia ku mojej pierwszej Zeldzie, czyli Ocarina of Time widać tam ogromną ilość podobieństw, co pozwala mi przynajmniej docenić zamysł i sposób rozwoju.

Wiem jak trudno przekonać się do tej serii, bo sam kupiłem i dałem jej szansę zupełnie przez przypadek, święcie przekonany, że kupuję GEX 3D, którą widziałem u znajomego na PC (na swoje usprawiedliwienie powiem, że screeny zamieszczone w dołączanej do ich gier broszurce były fatalnej jakości).

Odpalając grę byłem w dość dużym szoku. Na początku poszukując jaszczurki i wielu próbach przynajmniej biegania po ścianach, lecz im dłużej grałem, tym bardziej oddalony byłem od zawodu spowodowanego brakiem gada a koniec końców zupełnie o GEX-ie zapomniałem.

Kończąc wspominki, pierwsza odsłona Zeldy może być dziś niegrywalna ze starości, lecz nawet jako staroć budzi szacunek przez ten pierwszy krok ku iście legendarnej serii.

Jakub Antoniuk, Zasztaniak Zpocześla

Anthony Daniels (C-3PO)

Gwiezdne wojny to nie film, to religia. Każdy aktor, który wziął udział przy powstawaniu jakiejkolwiek części z automatu dostaje wśród fanów status niemal boga, nawet jeżeli w filmie nie odzywał się słowem. Przez 40 lat w sadze zagrała masa aktorów, ale tylko jeden miał przyjemność wystąpienia we wszystkich, zarówno dwóch oryginalnych trylogiach George’a Lucasa, jak i niekanonicznych odsłonach od Myszki Mickey. Tym aktorem jest obchodzący dzisiaj swoje 71 urodziny Anthony Daniels, aktor, który wcielił się w postać zarozumiałego i gadatliwego robota C-3PO.

Daniels urodził się 21 lutego 1946 roku w Salisbury w Anglii. Początkowo miał zostać prawnikiem, ale perspektywa wygodnego życia przegrała z chęcią samorealizacji. Zaczął uczęszczać na zajęcia do szkoły dramatycznej, a następnie przyłączył się zespołu radiowego BBC. Z radiem spędził sporo czasu, grał w bardzo zróżnicowanych spektaklach a jego wachlarz postaci był jeszcze bogatszy. Następnie zaczął występować na deskach teatru. Został zauważony przez George’a Lucasa i zaproszony na casting do jego filmu sci-fi, wówczas totalnie anonimowych dla wszystkich Gwiezdnych wojen.

Jak się później okazało nie był jedynym kandydatem. Poza nim zaproszono niemal setkę innych aktorów. Szukano osoby, która potrafiłaby nosząc kostium, stworzyć postać z charakterem. Zadanie wbrew pozorom bardzo trudne, bo nie każdy, nawet najlepszy aktor był w stanie mu sprostać. Lucas zainteresował się Danielsem głównie ze względu na jego osiągnięcia jako mim. Sam Daniels nie był szczególnie zainteresowany udziałem w tym projekcie, nie przepadał za kinem sci-fi a po filmie 2001: Odyseja kosmiczna miał niemal wstręt do gatunku. Do spotkania z Lucasem zmusił go agent.

Mimo niechęci do gatunku zmienił zdanie, gdy podczas rozmowy z Lucasem zobaczył szkice koncepcyjne. Perspektywa tworzenia nowego wielkiego świata wygrała z prywatnymi uprzedzeniami gatunkowymi. Skusił się na przeczytanie scenariusza.

Pierwotnie Lucas planował, że Daniels będzie jedynie odgrywał swoja postać na planie filmowym, a udźwiękowieniem zajmie się ktoś inny. Ale ciężko było znaleźć odpowiedniego kandydata, który mógłby swoim głosem nadać charakteru robotowi. Lucas poprosił więc aby Daniels również siebie dubbingował. Jego spokojna, brytyjska natura idealnie pasowała do postaci.

Po sukcesie Nowej nadziei Daniels nie był skory do ponownego wcielenia się w złotego robota. Tym razem jednak przyczyną nie była niechęć do gatunku a niewygoda stroju. Strój był bardzo niewygodny, toporny oraz przyczynił się do wielu nieprzyjemnych ran i siniaków na całym ciele aktora. Ekipa produkcyjna przyjęła jego sugestie związane ze strojem, wprowadzono usprawnienia, dzięki czemu granie w Imperium kontratakuje oraz Powrocie Jedi było bardziej komfortowe.

W przerwie pomiędzy kolejnymi filmami Daniels grywał w słuchowiskach radiowych, Muppetach, reklamach oraz wziął udział w ceremonii wręczania Oscarów. Napisał wiele artykułów o jego doświadczeniach w sci-fi oraz stworzył komiks The Protocol Offensive. Nigdy nie porzucił teatru.

Z Gwiezdnymi Wojnami jako jeden z nielicznych związany jest również poza głównymi firmami. Bardzo często i chętnie dubbinguje postać C-3PO niezależnie czy to jest gra wideo, film animowany czy reklama. Jako jedyny aktor brał też udział we wszystkich trzech radiowych adaptacjach oryginalnej trylogii.

Istnieje również poza Gwiezdnymi wojnami. Występował w wielu komediach jak i dramatach, często na zasadach występu gościnnego lub aktora drugiego czy nawet trzeciego planu. Na początku kariery C-3PO dubbingował Legolasa w animowanej adaptacji Władcy Pierścieni Ralpha Bakshiego z 1978 roku. Poza tym pracuje jako prezenter i producent wydarzeń handlowych i konferencji. Obecnie ze względu na wiek mniej aktywny, ale cały czas związany z Gwiezdnymi wojnami. Trudno będzie komukolwiek zbliżyć się do ilości produkcji z kosmicznej marki, w których brał udział. W tej chwili nie ma godnego konkurenta.

Jakub Antoniuk