Kartka z kalendarza, 20 lutego – Contra \ Julija Vołkowa (Tatu)

Witajce w kolejnej Kartce z kalendarza. Dzisiaj mamy 20 lutego i obchodzimy Światowy Dzień Sprawiedliwości Społecznej oraz Międzynarodowy Dzień Palących Fajkę. W dzisiejszej Kartce w dziale giereczkowa wielka rocznica równie wielkiej gry, Contra w którą zagrywała się większość polskiej dzieciarni w pierwszej połowie lat 90. obchodzi dzisiaj 30 rocznicę debiutu. Poza tym w dziale kulturki z tytułu urodzin Juliji Vołkowej przypominam zespół Tatu.

Miłej lektury.

Contra

Contra to pewien symbol, symbol młodości, pierwsza gra coopowa w życiu wielu z nas i niezapomniana przygoda przywodząca na myśl najgłośniejsze filmy akcji lat 80. z Sylvestrem Stallone i Arnoldem Schwarzeneggerem w rolach głównych. Najbardziej kinowa gra wideo, mimo że nie przenosiła żadnego znanego obrazu na kartridże. Rozpowszechniona w Polsce w pierwszej połowie lat 90. na pirackich nośnikach gra dzisiaj obchodzi okrągłą 30 rocznicę debiutu. Ukazała się po raz pierwszy na japońskich automatach 20 lutego 1987 roku.

Contra to dwuwymiarowa platformówka akcji wyróżniająca się na tle konkurencji trybem wspólnej zabawy dla dwóch graczy. Została zapamiętana również i innego powodu, bardzo wysokiego poziomu trudności, który potrafił doprowadzić do białej gorączki nawet najbardziej hardcorowych graczy. To znaczy doprowadzała tych, którzy grali w oryginalną wersję, bo Polacy, którzy dostali Contrę na komunię wraz z konsolą Pegasus nie musieli męczyć się z trzema życiami. Wersja, w jaką grali wszyscy nad Wisłą była zmodowana i dawała możliwość ustawienia sobie na starcie 99 żyć, przez co wieczne umieranie naszych komandosów nie stanowiło już takiego wielkiego problemu. Gracze grający w legala albo mieli nadludzkie umiejętności, albo byli bardzo wytrwali.

A było przed czym się bronić. Ziemię zaatakowali kosmici i jedyną nadzieją dla rodzaju ludzkiego było duet niezawodnych komandosów, którzy parli do przodu i na przywitanie strzelali prosto w twarz. Na końcu każdego poziomu czekał spory boss, który może i gabarytami potrafił przerazić, ale nie stanowił większego wyzwania o ile nie parło się na pałę. Paradoksalnie gra oparta na dwóch funkcjonalnościach, czyli bieganiu i bezmyślnym strzelaniu wymagała od nas wielkiego skupienia. Śmiertelne pociski leciały do nas z każdej strony, każdy kończył nasz żywot natychmiast, a apteczek było mało. Znacznie częściej wpadały przedmioty rozszerzające możliwości karabinów.

O podzielenie się wspomnieniami związanymi z Contrą poprosiłem największego znawcę gier retro i chodzącą retrocyklopedię Dariusza Konsolite Pasturczaka.

Rambosy poznałem, chyba jak większość polskich graczy – dzięki Pegazusowi i magicznemu kartridżowi z setką gier. Przez jakiś czas myślałem, że to klon Gryzor‚a z comodorka, tylko z lepszą grafiką. Ach te czasy bez internetu i wujka Google. Pamiętam, że Contra była katowana regularnie, nie było momentu, by nie udowodnić sobie i innym, że przechodzi się dalej niż pierwszy poziom. Gra była trudna, ale w miarę sprawiedliwa i po iluś tam podejściach dawało się skończyć. Chyba, że wybrało się nie tę wersję, która była po prostu ucięta.

Contra to klasyka i miło wspominam to bieganie i strzelania, a jednocześnie przeraża mnie fakt ile czasu poszło na zapamiętywanie i kombinowanie by dojść do samego końca. Całą serię szanuję i smutno mi, że seria jest martwa. Niestety od czasu świetnego HardCorps Uprising nic się w temacie nie ruszyło…

Jakub Antoniuk, Dariusz Pasturczak

Julija Vołkowa (Tatu)

Początek nowego tysiąclecia miał przynieść wielkie zmiany. Pękła magiczna bariera 2000 roku i od tego momentu świat miał być inny. Ponoć miał się skończyć, bo komputery nie wiedziały, że istnieje coś więcej niż rok 1999 rok. Nic takiego nie miało miejsca, ale z całą pewnością na naszym polskim poletku doszło do małej, chwilowej, rewolucji w postrzeganiu muzyki. Nie jest tajemnicą, że od niemal zawsze w popkulturze najwięcej do powiedzenia mieli Jankesi i Brytole. W każdej dziedzinie sztuki pierwsze skrzypce grają dzieła stworzone przez te dwie nacje, w dalszej kolejności są twórcy lokalni a jak ktoś ma szczęście to jakiś outsider raz na jakiś czas może mieć swoje 5 minut. O ile używa języka angielskiego. Na początku XXI wieku, kiedy wielu z nas było w głębokim liceum stał się cud. Nagle wszyscy dostrzegli, że Rosja to nie tylko Władimir Putin (profilaktycznie pozdrawiam), gaz, ropa i matrioszki.

W tym czasie  rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne odkryły młody żeński zespół, śpiewający jedyne w języku rosyjskim – Tatu. Dziewczęta szturmem zdobyły listy przebojów i ogromne zainteresowanie mediów skutecznie spychając na drugi plan lokalne, jak i światowe gwiazdy. Zespół składał się z dwóch wokalistek – Leny Katiny oraz odchodzącej dzisiaj swoje 32 urodziny Juliji Wołkowej.

Julija odebrała solidne wykształcenie muzyczne. Ukończyła m.in. moskiewskie Gimnazjum Muzyczne oraz była słuchaczką moskiewskiej Szkoły Wokalnej. Swoją karierę muzyczną rozpoczęła w 1994 roku, kiedy zaczęła wspólnie ze wspominaną wcześniej Leną występować w dziecięcym zespole Nieposiedy (Wiercipięty). Kolejnym krokiem w jej karierze było Tatu.

Jej obecność w zespole była nieco przypadkowa, ponieważ została odrzucona po pierwszym castingu. Dostała się do ścisłego finału, ale po szczegółowych oględzinach postawiono na jej koleżankę, Lenę Katinę, która w oczach producentów bardziej rokowała. Gdy rozpoczęto pracę nad pierwszą piosenką okazało się, że sama Lena to za mało, że potrzebna jest jakaś przeciwwaga, ktoś, kto byłby jej przeciwieństwem. Postanowiono sięgnąć po odrzuconą Juliję, która pod każdym względem była jej przeciwieństwem. Dziewczęta znały się już od dawna i były ze sobą zżyte, producent i zarazem psychiatra, Iwan Szapowałow, postanowił nadać zespołowi lesbijski charakter.

Pierwszy utwór Ja soszła s uma pojawił się jesienią 2000 roku. Utrzymany w konwencji rocowo-popowej utwór o miłości dwóch nastolatek i obawach przed niezrozumieniem ze strony rodziny oraz społeczeństwa mimo bardzo kontrowersyjnego teledysku okazał się prawdziwym hitem.

Skandal obyczajowy pomógł w promocji. Pod koniec zimy ukazał się drugi utwór Nas nie dogoniat, który błyskawicznie wypromował zespół poza ojczyzną. Największy odzew i istne szaleństwo miało miejsce w Polsce i nie gorzej było w Rumunii. Utwór już nie wzbudzał tak wielkich kontrowersji jak poprzedni. Utrzymany w mocno elektronicznym tonie kawałek poza Rosją bronił się chwytliwą muzyką oraz bardzo rzadko obecnym w popkulturze językiem rosyjskim. Szok związany ze scenicznym lesbijstwem wokalistek przyszedł później, ale podobnie jak w Rosji cała sytuacja została szybko zaakceptowana. Zresztą mało kto wierzył w to, dla odbiorców z Polski bardziej liczyła się muzyka, a nie rozdmuchany szum wokół zespołu. Debiutancki album 200 po wstriecznoj wszędzie sprzedał się jak zły. W rodzinnej Rosji, kraju trawionym przez ogromną skalę piractwa, był to najlepiej sprzedający się album w historii. Album z czasem ukazał się również w Japonii.

Sukces otworzył dla zespołu wrota dla Zachodniego odbiorcę. Nagrano (nie do końca) anglojęzyczną wersję albumu 200 po wstriecznoj noszącego teraz nazwę 200 km/h in the Wrong Lane. W rozgłośniach radiowych pojawiła się angielska wersja Ja soszła s uma zatytułowana All the Things She Said. Utwór okazał się mega hitem, a międzynarodowa kariera stała przed Laną i Juliją otworem.

Z czasem atmosfera w zespole zaczęła się psuć, sterowane przez Szapowałowa dziewczęta zaczęły coraz bardziej otwarcie mu się sprzeciwiać. Publicznie przyznały, że ich homoseksualizm to wielka mistyfikacja. Ukoronowaniem tych słów była późniejsza ciąża Jiliji Vołkowej. Udało się zakończyć współpracę z producentem, który bardziej był zainteresowany robieniem szumu aniżeli tworzeniem muzyki. Ciąża Vołkowej spowodowała, że zespół zawiesił działalność.

Z czasem dziewczęta, a raczej panie, wróciły do czynnego grania. Problemy związane z prawami do marki spowodowały, że nie mogły występować pod oryginalną nazwą i musiały funkcjonować jako t.A.T.u. Zespół po 10 latach działalności ogłosił zakończenie działalności, mimo że niewiele wcześniej ogłoszono przejęcie przez Vołkową pakietu większościowego praw do marki i dalszą działalność.

Po rozpadzie pojawiło się wiele smrodu. Były menadżer Boris Renski obwinił Wołkową za rozpad grupy oraz nieprofesjonalne zachowanie, powodujące opóźnienia w wydawaniu singli i albumów. Kolejny menedżer również nie szczędził ostrych słów i oskarżył tym razem Katinę o kolesiostwo i dbanie o własną karierę solową.

Mimo to okazjonalnie obie panie występowały wspólnie, jak choćby przy okazji rocznicowego wydania ich pierwszej anglojęzycznej płyty czy udziału w japońskiej reklamie batonu Snickers. Z czasem nawet zaczęły ponownie wspólnie nagrywać i wydały nowy singiel, ale chwilę później świat obiegła informacja, że panie jednak nie będą dalej współpracować. Powodem ponownego rozpadu było, według Katiny, niewłaściwe zachowanie ze strony Wołkowej w stosunku do niej, negatywne i krzywdzące ją wypowiedzi, odmowa współpracy i porozumienia w kwestiach rozwoju grupy oraz zagrożenie wykorzystaniem bliskich relacji Wołkowej w celu uniemożliwienia rozpoczęcia solowej kariery Katiny.

Jak się dalej potoczą kariery obu pań i czy kiedykolwiek jeszcze będą potrafiły razem występować, nie wiadomo. Mimo ich obecnych nieporozumień nie można im odmówić, że ponad 15 lat temu, mimo że były tworem sztucznym (jak większość współczesnych topowych gwiazd) dokonały małej rewolucji i wniosły nieco świeżości w zdominowaną przez anglosasów popkulturę. Drugiej takiej rewolucji chyba szybko nie uświadczymy. Sorry panie Kobayashi, pogódź się z tym.

Jakub Antoniuk