Kartka z kalendarza, 18 stycznia – Mindjack / Jonathan Davis i zespół Korn

Witajcie w Kartce z kalendarza.

Dzisiaj mamy wpółdopiątek, 18 stycznia 2017 roku. Z okazji przypadającej na dzisiejszy dzień 135 rocznicy narodzin Alana Alexandera Milne – autora przygód misia o bardzo małym rozumku – odchodzimy Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka. Na jego cześć słasujemy dzisiaj miodek.

A w Kartce dzisiaj do poczytania kilka słów o grze, która mogła być super, a teraz wszyscy się z niej śmieją, a w dziale kulturki wspólnie z Katką dzielimy się wspomnieniami związanymi z zespołem Korn.

Miłej lektury.

Mindjack

Są takie gry, które mają pecha, są dobre, ale przegrywają z silniejszymi produkcjami i giną bez echa. Są również takie gry, które są słabe, w najlepszym wypadku takie sobie, a pamięta się je latami. Był Duke Nukem: Forever, który powstawał całą wieczność, a efekt końcowy wyglądał jakby zrobiła go garstka średnio ogarniętych projektantów. Był nasz wrocławski Call of Juarez: The Cartel, który może dramatycznie zły nie był, ale hejt jaki wytworzył się w internecie sprawił, że po dziś dzień pamięta się tę część. No i inny nasz rarytas – Afterfall: Insanity – też jest świetnie pamiętany przez graczy i raczej niechlubnie.

Mindjack to kolejna gra z tej kategorii, ciekawa w założeniach, bogata w treść, ale zrobiona w taki sposób, że wszyscy dzisiaj tylko z niej szydzą. Za produkcję odpowiedzialne było tokijskie studio Feel Plus, które wcześniej pomagało przy takich produkcjach jak No More Heroes: HeroesParadise, Lost Odyssey czy Ninety-Nine Nights 2. Studio ma też na koncie autorską produkcję zatytułowaną Ju-on: The Grudge, ale hitem ta gra nie była. O ile jako pomocnicy Japończycy dawali sobie radę, to samodzielnie nie potrafili stworzyć gry nawet przyzwoitej. Duża gra akcji w rękach takich ludzi nie mogła się udać.

Mindjack ukazał się 18 stycznia 2011 roku na Playstation 3 oraz Xboxa 360. Była to strzelanina TPP, w której wcielaliśmy się w postać agenta Jima Corbijna, hackera umysłów, kolesia, który poza obsługą broni palnej potrafił włamywać się do ludzkich umysłów i przejmował kontrolę nad nimi. Akcja gry osadzona była w niedalekiej przyszłości, w czasach dużych, złych korporacji i manipulacji ludzkością za sprawą bardzo zaawansowanej technologii.

Pomysł z możliwością przejmowania kontroli nad umysłami ludzi (oraz robotami) i odwalaniu ich rękoma czarnej roboty był oryginalny i ciekawy, ale niestety gra cierpiała na masę przypadłości, które przełożyły się na bardzo zły odbiór. Fabuła była nieco pogmatwana i nie przykuwała do ekranu, sztuczna inteligencja czasem bawiła, czasem irytowała, ale rzadko należycie funkcjonowała, a sama gra nie była naszpikowana masą drobniejszych błędów technicznych, które potrafiły przyprawić o szybsze bicie serca. Jedynym elementem, o którym można powiedzieć, z był mega spoko 6/10 była oprawa graficzna. Utrzymana w tonacji srebra i niebieskiego kolorystyka oraz futurystyczna architektura przywodziły na myśl film Raport mniejszości z 2002 roku.

W założeniach Mindjack mógł był świetną grą akcji z oryginalną mechaniką, w praktyce studio Feel Plus ponownie udowodniło, że jako asystencji jako-tako sobie radzą, ale samodzielnie nie są w stanie zrobić niczego szczególnego. W 2010 roku studio zostało wchłonięte przez japońskiego wydawcę oraz developera AQ Interactive, Inc., który niewiele później zakończył swoją działalność.

Jakub Antoniuk

Jonathan Davis i zespół Korn

W mojej podstawówce rządziły dwie subkultury, metaluchy oraz wyznawczynie boskiego Angelo Kelly z The Kelly Family. Ja do żadnej grupy nie należałem, bo nerdy wtedy jeszcze nie były zbyt liczne, ale obracając się w środowisku trudno było uniknąć kontaktu z twórczością ulubieńców moich szkolnych kolegów. U metaluchów rządziły dinozaury: Metallica, Megadeth, Iron Maiden, polska klasyka w postaci zespołu Turbo, a młode kapele dopiero powoli były odkrywane. Wśród nowych całkiem sporą sympatią cieszył się Korn, głównie za sprawą Falling Away from Me, które potrafiło być często grane na falach Akademickiego Radia Centrum.

Zespół Korn rozpoczął swoją działalność w 1993 roku jako L.A.P.D. i początkowo grał w lokalnych klubach bez swojej gwiazdy i dzisiejszego solenizanta – Jonathana Davisa. Natrafili na niego podczas jednego z koncertów, gdy był członkiem zespołu Sexart. Jego charakterystyczny głos zrobił tak wielkie wrażenie, że niemal od razu pojawiła się propozycja, aby grał z nimi. Tak, też się stało, choć początkowy okres był bardzo trudny, panowie mieli pewne problemy co do znalezienia wspólnej muzycznej ścieżki, ale na szczęście problem ten został z czasem zażegnany.

Odkryci przez łowcę talentów wydali swoje demo Neidermeyer‚s Mind. W 2004 roku – już pod szyldem Korn ukazał się debiutancki album zatytułowany po prostu Korn. Była to kompilacja 13 brudnych i brutalnych utworów, w których dominowała tematyka narkomanii i przemocy wobec dzieci. Fala pewnej świeżości oraz specyficzne brzmienie zespołu bardzo przypadło do gustu zarówno krytykom, jak i słuchaczom. Sprzedało się aż 10 milionów egzemplarzy tej płyty, a Korn z dnia na dzień stał się jedną z najjaśniejszych gwiazd sceny łomotu.

Moja przygoda z Kornem nigdy nie była zbyt intensywna, ukończenie podstawówki sprawiło, że ścieżki z moimi kolegami rozeszły się, muzyka zespołu przestała pojawiać się w moim życiu, a że z żadnym z kolegów nie ma już od bardzo dawna kontaktu to o publiczne wystawienie laurki bandowi z Bakersfield poprosiłem Kasię ‚Katkę‚ Porębską.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie wprowadzono w Polsce szatańskiego wynalazku, jakim są gimnazja, czytałam magazyn Brum. Na tle sztywnego i konwencjonalnego Tylko Rocka, Brum był rewolucją. Każda strona krzyczała buntem, a ja chłonęłam każde słowo. Więc kiedy przeczytałam pełen zachwytu artykuł o zespole Korn, poszłam do Empiku i kupiłam całkiem w ciemno ich najnowszą wtedy płytę Follow the Leader. Był rok 1998, miałam 16 lat i poczułam, jakby mój świat zadrżał w posadach.

Moda na nu metal dopiero wtedy się rozpoczynała, nie powstało jeszcze mnóstwo identycznie grających zespołów i nie było jeszcze tej muzyki wszędzie. Dla mnie, wychowanej na grunge’u i thrashu nastolatki, było to coś zupełnie odmiennego od wszystkiego, co do tej pory słyszałam – brzmienie gitar, rytm, frazowanie, dziwne dźwięki wypluwane przez Davisa i bas Fieldy’ego, to była mieszanka wybuchowa.

Dokupiłam szybko poprzednie dwie płyty: debiut Korn oraz Life is Peachy, założyłam bojówki, czapkę z daszkiem i bluzę z kapturem i zaczęłam błagać rodziców o trampki superstary. Do dziś uważam te trzy płyty za ich najlepsze albumy. Potem jeszcze Issues trzymał poziom i niestety zespół wkroczył na równię pochyłą, a i mój gust muzyczny zaczął się zmieniać. Teksty Davisa z dzisiejszej perspektywy wydają mi się infantylne, jednak nadal lubię muzykę Korna i uważam, że wreszcie, po latach, nagrali dobry materiał, płytę The Serenity of Suffering. Jakkolwiek emo nie brzmiałby ten tytuł, dajcie szansę temu albumowi, bo po latach nietrafionych eksperymentów Korn wreszcie wraca do swoich muzycznych korzeni.

Korn trwa na scenie bez przerwy już blisko ćwierćwiecze, a sam Davis odchodzi dzisiaj 46 urodziny. Wchodzenie w okres wieku średniego wychodzi twórczości jego oraz jego kolegów tylko na dobre. Szkoda, że w robocie wszyscy słuchają tylko disco polo, może faktycznie warto, chociaż na chwilę ponownie zapoznać się z tym bandem?

Katarzyna Katka Porębska i Jakub Antoniuk