Kartka z kalendarza, 17 lutego – Syphon Filter \ Michael Bay

Witajcie w piątkowej Kartce z kalendarza. Znowu niemal dotrwaliśmy do najcudowniejszego dnia w tygodniu, mitycznego piątunia. Jeszcze tylko kilka godzin i do domu. Dzisiaj mamy 17 lutego i obchodzimy Dzień Kota. Wszystkie kociaki, nieważne czy dachowe czy pokojowe gorąco pozdrawiam. Szczególne pozdrowienia kieruję do Luny i Magusa Maćka “Razera” Cieplińskiego, rodzeństwa Zelda i Faro Agi oraz Binkiego i Bongo należących do autora dzisiejszego giereczkowego wpisu – Piotra Ziętala. Poza Piotrem w dzisiejszej Kartce jako autor pojawia się Konsolite.

Miłej lektury.

 

Syphon Filter

Syphon Filter łatwo nie miał. Wyszedł na Playstation 17 lutego 1999 roku, czyli ledwo co po totalnej rewolucji w grach – Metal Gear Solid na samą platformę. Twórców, czyli Studio Eidetic, nękały diabły developingu oraz doskwierający wtedy brak doświadczenia. Determinacja studia dała nam tytuł bardzo ciekawy, bo Syphon był zgoła inny od pozostałych shooterów TPP czy typowych skradanek. W moim przeświadczeniu ta gra zapoczątkowała gatunek, czy może raczej trend, który polegał na podejściu do każdej misji z celem bycia cichym zabójcą, a kończyło się jak zawsze, czyli na otwartej wymianie ognia, która nie groziła żadnymi konsekwencjami.

W czasach gdy jeszcze w świadomości masowej terroryzm nie był jednoznacznie kojarzony z Bliskim Wschodem, tę niechlubną rolę odgrywali często Niemcy, albo po prostu mężczyźni o niemieckobrzmiących nazwiskach. Ten wszechobecny trend nie ominął też Syphon Filter. Naszym zadaniem było znalezienie i zneutralizowanie człowieka stojącego za szeregiem ataków biologicznych na całym świecie – Erica Rhoemera, co z kolei jak po nitce do globalnego korpo-kłębka doprowadziło nas do konfrontacji z żądną władzy i kontroli nad światem firmą.

Atutem Syphon Filter nie była warstwa fabularna czy świat przedstawiony a gameplay. Unikalne połączenie mechanik strzelankowych i skradania, różnorodność lokacji, gadżetów czy AI przeciwników i partnerów imponowały w 1999 roku i pozwoliło zyskać marce rozgłos i uznanie krytyków na tyle by uzasadnione było stworzenie jeszcze kilku części serii na konsole Sony, w tym PSP. Niestety każda kolejna była uznawana za gorszą od poprzedniczek i w 2007 seria ostatecznie umarła. (Ja tam dobrze wspominam Dark Mirror na PSP – dop. Jakub Antoniuk)

Osobiście poczciwy Syfon był dla mnie tym mniej przystojnym, lekko zgarbionym, niezbyt bystrym kuzynem Metal Gear Solid. Zdaję sobie sprawę, że się myliłem, ale te screeny wielkości pudełka od zapałek z wielkim, zielonym celownikiem w prasie i niekorzystne porównania z Metal Gear Solid skutecznie mi ostudziły zapał i chęć zagrania. Dlatego pierwsza odsłona nie była moim pierwszym zetknięciem z serią. To chyba też nie wpłynęło pozytywnie na moją ocenę, bo im dalej tym było gorzej.

Dzisiaj powrót do Syphon Filter może okazać się dość dużym wyzwaniem i tylko ci najbardziej cierpliwi i zawładnięci nostalgią gracze będą się w stanie dobrze bawić przy tej leciwej produkcji.

Lada chwila zaobrączkowany Piotr Ziętal

***

Michael Bay

Michael Bay. Gdy obecnie wspomina się tę osobę to jedynie w negatywnym kontekście. Niszczyciel dzieciństwa, fetyszysta eksplozji i gloryfikowania. Takie łatki zostały przeczepione przez ostatnie lata do reżysera i producenta, którego wszyscy obecnie utożsamiają z najgorszymi filmami, które zarabiają miliony. Jednak Michael Benjamin Bay, który przyszedł na świat pół wieku i dwa lata temu, zanim się sprzedał robił naprawdę dobre filmy. Nie wybitne, czy przełomowe, ale dobre, naprawdę dobre.

Jego debiutem był Bad Boys z 1995 roku, który był ogromnym sukcesem zarówno wśród publiki, jak i w wynikach finansowych. Człowiek, który zaczynał od stażu u ojca Gwiezdnych wojen, pokazał, że można zrobić dobry film akcji. Swój talent udowodnił rok później reżyserując Twierdzę (The Rock) , która była i w mojej opinii nadal jest jednym z najlepszych filmów w swojej kategorii. Sean Connery i Nicolas Cage, zanim stał się memem samego siebie, dali z siebie wszystko pod okiem Michała z miasta aniołów. Co ciekawsze właśnie temu filmowi zawdzięczamy ścieżkę dźwiękową w Metal Gear Solid 2.

Kolejne lata były już mniej łaskawe dla reżysera, który stopniowo zaczynał poznawać zasady gry świata filmu. Armageddon w jego reżyserii został zniszczony przez krytyków, mimo tego i ogromnego nakładu finansowego zwrócił się pięciokrotnie. Podobnie było z Pearl Harbor, który mimo krytyki po raz kolejny zarobił grube miliony. W 2003 roku Bay postanowił przypomnieć światu, że potrafi robić dobre filmy, dając nam drugą część Bad Boys. Jednak po raz kolejny został zniszczony przez krytyków, którzy nie oszczędzali mu zarzutów o bezsensowną przemoc, przedmiotowe traktowanie kobiet oraz długości filmu. Nie jest zaskoczeniem, że tradycyjnie film zarobił na siebie i ucementował pozycję Bay’a jako osoby, która mimo krytyki robi filmy z dobrą akcją, a co ważniejsze opłacalne.

Tak było do momentu jego kolejnego obrazu, czyli Wyspy z 2005 roku. W tym przypadku krytyka była łagodniejsza, ale film nie odniósł sukcesu finansowego, jakiego oczekiwano. Na kilka lat Bay skupił się na produkcji, do reżyserii powrócił przy okazji filmu – który przez wielu jest uważany za całkowity koniec jego umiejętności reżyserskich i zniszczenie ich dzieciństwa – Transformers.

Kinowa adaptacja została przyjęta niespecjalnie ciepło, krytykowano wygląd robotów, dobór aktorów oraz wiele innych elementów. Fani transformujących robotów cieszyli się z oryginalnego głosu Optimusa, jaki znali i pamiętali z filmów animowanych, ale nie potrafili znieść adaptacji materiału źródłowego. Sam film mimo ogromnego kosztu 150 milionów dolarów zarobił łącznie siedemset (!) milionów amerykańskiej waluty. Nie było zaskoczeniem, że Bay powrócił do rangi człowieka generującego miliony.

Kolejne dwa filmy, zniszczone zarówno przez krytyków, jak i publikę, dostały nominację do Złotych Malin m.in. za najgorszy film, najgorszego reżysera oraz najgorszy scenariusz. Bez zaskoczenia chyba – mimo tsunami negatywizmu zarobiły grube miliony. Po dwóch latach przerwy od robotów – Bay wypuścił na świat swoje osobiste dziecko – Sztanga i cash (Pain & gain). Film był podobno jego osobistym, małym projektem, który chciał zrobić od lat. Oparty na prawdziwych wydarzeniach, pełen niedorzecznych sytuacji, specyficznego humoru oraz znakomitej obsady nie trafił do publiki tak jak chciał tego reżyser. Osobiście uważam, że to jest jeden z jego lepszych filmów, jednak po jego poprzednich dokonaniach nie można powiedzieć by było trudno zrobić coś co da się oglądać. Zniechęcony odbiorem tego filmu, wrócił na sprawdzone pole – reżyserując czwartą część Transformers, która zarobiła 1 miliard (!) dolarów.

Poza produkcją i reżyserią Bay jest współwłaścicielem i jednym z założycieli Platinum Dunes, które jest odpowiedzialne za efekty specjalne do kilku horrorów oraz niesławnego wyglądu nowych wojowniczych żółwi ninja. Michael Bay przez wielu jest uważany za raka branży, najgorsze zło, jakie przytrafiło się filmowi i cholera wie co jeszcze. Jednak na dłuższą metę jest inwestycją, która się zwraca. Ludzi finansujących i zlecających mu robienie filmów nie interesuje opinia publiczna, czego najlepszym dowodem są wszystkie filmy z Transformerami – które za każdym razem zarabiają niesamowite kwoty, mimo że wszyscy mieszają je (nie bez powodu) z błotem. Więc można tylko pozazdrościć, zarówno sukcesu finansowego, jak i dystansu do samego siebie.

Dariusz Konsolite Pasturczak