Kartka z kalendarza – 13 stycznia – Nidhogg / Orlando Bloom

Witajcie w dzisiejszej Kartce z kalendarza. Mamy piątek, ten najgorszy (najlepszy, nie znasz się – dop. Emjoot) z możliwych, bo trzynastego. Obchodzimy Dzień Wzajemnej Adoracji oraz Międzynarodowy Dzień Koszuli (jak również Dzień Wolności w Togo oraz Dzień Fanów Fall Out Boy – dop. Emjoot). Miejmy nadzieje, że Złośliwy Los nie weźmie dzisiejszej daty na poważnie i będziecie mogli spokojnie przeczytać Kartkę, w której znajdziecie kilka słów o Legola… znaczy się Orlando Bloomie oraz małym indyczku sprzed kilku lat.

Nidhogg

Kiedyś było lepiej. Gry były lepsze i przyjazne wspólnemu graniu (takie kazzolenie – przyp. Emjoot). Kto z was nie spędził wakacji grając wspólnie z kumplem w Contrę albo lejąc się w Mortal Kombat? Kanapowe granie niemal umarło wraz z pojawieniem się sieciowych rozgrywek na konsolach. Gier, w które można wspólnie zasiąść przed telewizorem jest w tej chwili jak na lekarstwo i mało kto jest gotów je robić. Ale kilku chętnych wciąż można znaleźć, a i perełki czasem potrafią się pojawić.

Mali twórcy niezależni mają ten komfort, że mogą poeksperymentować, próbować stworzyć coś zupełnie nowego, często inspirując się z pozoru rzeczami nudnymi. Amerykanin Mark Messhof Essen inspirację znalazł w najmniej oczywistym miejscu. Messhofowi marzyło się stworzenie gry, która byłaby produktem idealnym do wspólnego grania, może nawet z potencjałem e-sportowym, która nie byłaby kalką znanych już gier. Tak powstała pixelartowa wariacja na temat szermierki o tytule Nidhogg.

Gra zaczęła powstawać ok. 2009 roku w ramach inicjatywy Game Center Uniwersytetu w Nowym Jorku, a pierwsza jej publiczna prezentacja miała miejsce w 2010 roku pod tytułem Raging Hadron. Podstawowa mechanika produkcji nie różniła się znacząco od reguł panujących na sportowych zawodach – dwie stojące naprzeciwko siebie osoby były uzbrojone jedynie w szpady. W imię dobrej zabawy podkręcono zasady i dano graczom dodatkowe możliwości. Każdy musiał przedostać się do dosyć odległego punktu na planszy, a metody, jakie mógł wykorzystać miały niewiele wspólnego z czystym sportem. Dotarcie do celu było możliwe na dwa sposoby, albo przez bezpośrednią konfrontację, albo przez unikanie przeciwnika. Druga forma była bardzo trudna do wykonania, wiec nie muszę chyba mówić, jak wyglądała większość meczów.

Walka to kwintesencja tego, czym jest Nidhogg. Szybkie ruchy, dźgnięcia, możliwość zmiany wysokości szpady, przez co można było zadawać cios zarówno w piszczel, jak i w szczepionkę. Do tego nadające jeszcze większej dynamiki uciekanie z pola walki, skakanie nad głową przeciwnika, rzucanie szpadą w plecy oraz wykorzystanie otoczenia. Te wszystkie elementy idealnie do siebie pasowały i dawały niesamowitą frajdę. Dosyć spokojne zawody sportowe nabrały dynamiki i dawały frajdę.

Proces developingu był bardzo długi, bo obejmujący aż cztery lata, ale trudno się temu nie dziwić, Mark Messhof Essen tworzył Nidhogg na boku. Dopiero gdy do projektu dołączały inne osoby, produkcja ruszyła pełną parą.

Od premiery, która miała miejsce 13 stycznia 2013 roku trochę czasu już minęło, ale frajda płynąca z zabawy nie zmalała. To wciąż bardzo dobra propozycja dla ludzi, którzy spotykają się przy konsoli czy komputerze. Zasady są bardzo proste, opanowanie gry zajmuje moment, a zabawy może być na wiele godzin. Kto powiedział, że nie robią już takich gier jak kiedyś?

Orlando Bloom

Orlando Bloom był jeszcze kilka lat temu bożyszczem nastolatek. Dzisiaj jest to aktor z dorobkiem i marką, ale dla wielu osób znany z jednej, czasem dwóch ról. Patrząc na niego trochę trudno w to uwierzyć, ale przyszedł na świat równo 40 lat temu – 13 stycznia 1977 roku w brytyjskim miasteczku Canterbury. Legenda głosi, że będąc małym chłopcem chciał być jak jego filmowy idol – Superman. Gdy dowiedział się, że wcielający się w niego Christopher Reeve jest aktorem, zapragnął być taki sam jak on. Niezależnie od tego, czy to jest prawda czy bajka, cała edukacja młodego Blooma była ustawiona w kierunku artystycznym. Zajmował się językami, fotografią i sztuką, był filarem amatorskiego teatru. To wszystko przyniosło efekty. Zanim dostał się na studia aktorskie mógł pochwalić się kilkoma małymi występami telewizyjnymi.

Swoją kinową karierę zaczął w 1997 roku od najlepszej roli, jaka mogła mu się trafić. W dramacie biograficznym Wilde wcielił się w rolę męskiej prostytutki stojącej przed stacją kolejową. Cztery lata później ponownie pojawił się na srebrnym ekranie i to od razu w dwóch filmach. Jako starszy szeregowe Todd Blackburn zagrał w dramacie wojennym Helikopter w ogniu oraz jako elf Legolas w kinowej adaptacji trylogii Władca pierścieni. Występ w superprodukcji Petera Jacksona sprawił, że Bloom został nagle dostrzeżony przez widownię i z dnia na dzień stał się supergwiazdą. Fotki z jego twarzą zaczęły pojawiać się na okładkach kolorowych magazynów, a nastolatki dostawały histerii na sam widok boskiego Orlando.

Z sukcesem przyszła jednak łatka Legolasa, której w oczach wielu ludzi nie pozbył się po dziś dzień, mimo, że po Władcy pierścieni zaczął dosyć regularnie grać znaczące role w wielu filmach. Głośne Troja czy Królestwo niebieskie to tylko wybrane, najbardziej znane filmy, w których grał. Nawet udział w megahicie Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły i jego kontynuacjach nie sprawił, że przestał być utożsamiany ze spiczastouchym jegomościem. W 2009 roku Orlando Bloom został uhonorowany własną gwiazdą na słynnej Alei Gwiazd w Hollywood. Jego nazwisko znalazło się obok największych postaci świata show-biznesu, których dorobek jest uznawany za ponadczasowy. Przeszedł do historii. Zasłużenie?

Jakub Antoniuk

Urodził się trzynastego w piątek Michał „Emjoot” Jankowski