Kartka z Kalendarza, 1 marca – Zone of the Enders \ Vabank

Witajcie w pierwszej w marcu Kartce z kalendarza, historycznym cyklu społeczności podcastu Rozgrywka. Kilka miesięcy temu za namową Preza i Czcigodnego Cooldana zacząłem samodzielnie prowadzić ten cykl, ale całkiem szybko udało się zebrać grupkę osób tak samo jak ja lubiącą powracać do starych, dobrych dzieł popkultury, która zaczęła współtworzyć ten cykl. Początkowo na zasadzie drobnych wpisów dodawanych do moich artykułów, później jako pełnowymiarowi autorzy. Dzisiaj nastał czas, aby oficjalnie stali się twórcami tego cyklu, a nie tylko gośćmi.

Dzisiaj Kartka to całkiem nieźle działający organizm codziennie dostarczający najlepsze wspominki. Dziękuję w imieniu swoim i moich koleżanek i kolegów wszystkim naszym czytelnikom za dotychczasowe wsparcie, opinie i mam nadzieje, że dalej będziecie z nami, będziecie pisać, co wam się podoba, a jak coś zrobimy źle zwrócicie nam na to uwagę. Nie jesteśmy nieomylni, a czasem jeden wpis krytyczny może sprawić więcej dobrego niż sto pochwał.

Jakub Antoniuk

Zone of the Enders

Wydane równo szesnaście lat temu przez Zone of the Enders interesowało graczy na całym świecie głównie z jednego powodu. Do gry na PS2 miało być dołączone demo prawdopodobnie najbardziej wyczekiwanego tytułu tego okresu, czyli Metal Gear Solid 2. Mimo tego, że spece od marketingu Konami potraktowali Z.O.E. po macoszemu i sami chyba w to nie wierzyli, to mniej znane dziecko Hideo Kojimy okazało się całkiem solidnym mecha-robo-bijatyko-shooterem i do dziś jest przez wielu uważane za krok milowy w rozwoju gier wideo.

Już zaraz po odpaleniu gry czuć było zbieżności artystyczne z serią Metal Gear Solid. Nie bez przyczyny – za design mechów (tutaj zwanych Orbital Frames) odpowiada nikt inny jak Yoji Shinkawa, długoletni współpracownik Kojimy, autor wizerunków Big Bossa, Solid Snake’a czy samych Metal Gearów. Ciężki industrialno-metalowy klimat, oszczędna paleta kolorów, specyficzny, futurystyczny, militarny styl nie pozostawiał wątpliwości co do autora.

Na grę składało się kilkanaście misji fabularnych i kilka pobocznych zadań polegających na eliminacji wrogich jednostek na zamkniętych planszach z zachowaniem różnych warunków za pomocą energetycznej broni białej oraz palnej. Dano nam również możliwość zdobywania doświadczenia i uproszczonego rozwoju ekwipunku naszego drogiego Jehuty. Nie ma co ukrywać, że te potyczki to esencja gry. Możliwość latania, strafe, ulepszenia pozwalające na chwilowy boost oraz ogarniająca to bez większego problemu kamera nadawały Zone of the Enders niezwykłej dynamiki. Wszystko w takt elektronicznej muzyki przypominającej energetyzujące kompozycje z serii Wipeout.

Największą krytykę wzbudzała jednak warstwa fabularna, a raczej jej przedstawienie. Voice acting i nieimponujące wstawki animowane pozostawały wiele do życzenia, ale ja wtedy miałem piętnaście lat i jedyne co się liczyło to styl, w jakim złomowałem wrogie jednostki.

Gra dawała raptem kilka godzin niczym niezmąconej satysfakcji i to wystarczyło, żeby sprzedać wystarczająco dużo kopii, aby zapewnić sequel, spin offy, a nawet kilka odcinków prequela-anime. Na PS3 została wydana też kolekcja HD Zone of The Enders będąca jedną z lepiej zrealizowanych w tamtym czasie.

Gorąco polecam zapoznanie się właśnie z wersją na PS3, bo klimat z poprzedzającej epoki został zachowany, a polepszone wizualia i zremasterowana ścieżka dźwiękowa łagodzą szok międzygeneracyjny.

Piotr Ziętal

***

Vabank

Lubię stare polskie komedie, zarówno te ukazujące w krzywym zwierciadle czasy RPL-u jak i te, które osadzone są w innych czasach. Na mojej prywatnej liście najbardziej ulubionych reżyserów najwyższą lokatę zajmuje Stanisław Bareja, dzięki któremu powstał Miś, Niespotykanie spokojny człowiek oraz serial Alternatywy 4. Drugi jest Juliusz Machulski, który już swoim debiutanckim filmem Vabank udowodnił, że potrafi robić świetne komedie na poziomie. Dzisiaj jest świetna okazja, aby przypomnieć ten film, bo mija 35 lat od jego premiery. Vabank pojawił się 1 marca 1982 roku.

Warszawa, rok 1934, Henryk Kwinto odsiadujący sześcioletni wyrok złodziej specjalizujący się w okradaniu kas pancernych wychodzi na wolność. Siedział, bo jego dawny wspólnik Kramer okazał się złodziejem bez honoru i wystawił Kwinte. Teraz, po latach, okazuje się, że przyczynił się również do bankructwa i śmierci bliskiego przyjaciela. Kwinto postanawia powrócić do złodziejskiego fachu, ale tym razem nie dla zysku, a aby wyrównać rachunki z byłym wspólnikiem, który dorobił się fortuny na krzywdzie jego i jego przyjaciół.

Vabank był delikatnym dreszczowcem i kryminałem podlanym masą świetnego, inteligentnego humoru sytuacyjnego. Cały film był utrzymany w poważnej konwencji bez niepotrzebnych humorystycznych ubarwień w stylu wywracaniu się na skórce od banana. To, co bawiło widzów to i nadawało kolorytu to rozmowy pomiędzy wieloma bohaterami filmu. Z pozoru typowe rozmowy, jakie każdy z nas przeprowadzał ze znajomymi wielokrotnie w danym kontekście nabrały głębszego znaczenia często celnie komentując sytuację. Duży na to wpływ miała oczywiście kreacja bohaterów, w jaki sposób się wypowiadali oraz ich mowa ciała. Szczególnie charakterystyczny grymas Jana Machulskiego, który nadrabiał małomówność granej przez niego postaci.

Do kanonu najbardziej rozpoznawalnych scen przeszły rozmowa Kramera z babcią trzymającą na rękach kota oraz reakcję lokaja na jego krzyki. To często postacie drugiego planu, krótkimi scenkami robiły ten film.

Debiut Machulskiego, stworzony jeszcze na studiach okazał się sporym sukcesem, zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. Reżyser został wyróżniony wieloma nagrodami w tym w kilku festiwalach zagranicznych. 3 lata później ukazała się równie udana kontynuacja, w której role się odwróciły. Ponoć miała powstać trzecia część mająca dziać się w okresie II wojny światowej, a gdy aktorzy postarzeli się zbyt mocno pojawił się pomysł na zrealizowanie od razu czwartej część osadzonej w latach 50.

Jakub Antoniuk