Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy – recenzja numer 2

Czytaliście już recenzję Cascada, który dostarczył ją w dniu premiery. Dziś serwujemy Wam drugą, napisaną przez dwóch autorów, którzy oceniają Przebudzenie Mocy bardziej surowo, ale serwując argumenty zarówno za, jak i przeciw. Przy okazji tej recenzji przedstawiamy Wam nowy nabytek Rozgrywki. Panie i Panowie, przed Wami Krzysztof „Wroobel” Wróblewski, który sam o sobie mówi: „Sporą część własnego czasu spędzam na wysłuchiwaniu pytań jak przy codziennej pracy i wychowywaniu dwójki własnych padawanów, jestem w stanie do szaleństwa kochać kino, literaturę, historię, komiksy, gry i jeszcze o tym pisać, no jak, na litość starożytnych sił?!” – zapraszam do lektury, ale ostrzegam, że w tekście znajdują się małe spoilery./ Cooldan.

Wroobel: Przy dotychczasowej liczbie recenzji Przebudzenia Mocy pisanie kolejnej, to jak próba uzupełniania Bałtyku zgrzewką wody mineralnej. Niemniej jednak kronikarski obowiązek nie pozwala przejść obojętnie obok nowej produkcji J.J. Abramsa, tym bardziej, że, przynajmniej w moim przypadku, pomiędzy Star Wars, a ponadtrzydziestoletnią linią życia, stoi wielki znak równości.

Prez: Wiele już zostało powiedziane o tym filmie, ale również czuję obowiązek dorzucenia swoich trzech groszy na jego temat, zwłaszcza, że podobnie jak Krzysztof, z marką związany jestem od dziecka i nie ma chyba drugiej tak ważnej dla mnie serii.

Wroobel: Wiele dobrego przynosi Przebudzenie Mocy, zarówno tym widzom, którzy uwielbiają samo uniwersum, jak i takim, którzy po prostu kochają dobrą zabawę. Doskonałe kino przygodowe, utrzymane w klimacie space fantasy, zupełnie odcinające się od nieudanej trylogii z lat 1999-2005; odcinające się pod względem zarówno treściowym jak i formalnym. Nowe Gwiezdne Wojny są przygotowane starannie, efekty są dopracowane – ale nienachalne. Dobór aktorów, mimo medialnych kontrowersji, nie budzi negatywnych emocji. Pod względem odtworzenia świata i klimatu sagi, która już prawie czterdzieści lat temu pochłonęła miliony istnień, twórcom naprawdę nie można zbyt wiele zarzucić.

Kłopoty z filmem zaczynają się tam, gdzie teoretycznie jest jeszcze zupełnie niewinnie, ba! – jest tak, jak oczekiwano. Pod względem treściowym, Przebudzenie Mocy stara się jak najwierniej odwoływać się do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło: do Nowej Nadziei. Ilość nawiązań, cytatów, odtworzeń i gier słownych jest oszałamiająca. Niestety, taka zabawa treścią, która przez dłuższy moment bawi i wywołuje brawa na sali, kończy się nieuniknionym przesytem i konstatacją, że odzierając film z fabuły, którą Lucas zaprezentował czterdzieści lat wcześniej, w Przebudzeniu Mocy nie pozostanie nic ponad kolejną opowiastkę o nastolatkach, walczących z wszechobecnym, ale nieokrzesanym i, w gruncie rzeczy, nieudolnym system represji. I to opowiastkę, średniej, powiedziałbym, świeżości. W dobie popularności Igrzysk Śmierci, Niezgodnej czy Więźnia Labiryntu, historia walki duetu Rey-Flint ze złowrogim Nowym Porządkiem jest kompletnie odtwórcza.

Prez: Już od pierwszej sceny towarzyszyło mi uczucie deja vu, które w zamierzeniu miało być hołdem dla oryginalnej trylogii, ale serwowane w nadmiernej ilości daje wrażenie powtórki z rozrywki. Jest tu klimat starych części, przepięknie odwzorowany dzięki rekwizytom i sceneriom budowanym nie przez komputer, a specjalistów od scenografii. I temu przeczyć nie można. Jest mnóstwo oczek puszczonych do fanów – przede wszystkim aktorzy ze starych filmów powracający w swoich kultowych rolach. Niestety nie można oprzeć się wrażeniu, że ten pomost pomiędzy kiedyś i dziś ma na celu zamknąć stare Gwiezdne Wojny i wprowadzić widza w nowe uniwersum, nastawione na młodego odbiorcę.

Wroobel: To tu pojawia się mój podstawowy (ale nie największy) zarzut do nowej produkcji: Przebudzenie Mocy jest tym dla Gwiezdnych Wojen, czym była saga o Harrym Potterze dla archetypu czarodzieja i Zmierzch dla globalnej wampirzej mitologii. O ile o trzech chronologicznie pierwszych epizodach można powiedzieć, że zinfantylizowały prezentowany wszechświat, o tyle obecny hit daje wszelkie podstawy ku temu, aby sądzić, że nowa seria idealnie wpisze się w tendencję „unastolatkowienia” przygody, prezentując wydarzenia i ich odczuwanie z perspektywy młodzieńczych piersi.

W ogóle, w całym tym filmie opartym na schemacie pokoleniowego przekazywania pałeczki z napisem „super-główny-bohater”, narracja wygląda jak wąż, który połyka własny ogon. Skupiając się na pokoleniowej wymianie, zaakcentowanej w chyba każdej, ukazującej przedstawicieli dwóch generacji, scenie, Abrams gubi wiarygodność i jakąkolwiek próbę uzasadnienia tych działań. I nieważne, czy jest to Rey siadająca za sterami Sokoła, czy Kylo Ren spowiadający się najsławniejszej we wszystkich światach masce swojego poprzednika – dosyć, że te sceny są tak posągowe i jednowymiarowe, a postaci są tak utytłane w obupólnym respekcie, że wszystko to razem ociera się o groteskę. Zbyt mocno czuje się tu desperacką próbę połączenia wspólnego doświadczenia gwiezdnowojennych wyjadaczy z nowym, wchodzącym w świat Mocy pokoleniem.

Prez: Film cierpi również na wiele uproszczeń, które powodują, że całość jest niespójna, a momentami wręcz idiotyczna. Dlaczego Nowa Republika nie reaguje na zagrożenie jakim jest Nowy Porządek? Jaki jest sens istnienia Ruchu Oporu? W trakcie seansu człowiek zastanawia się jakim cudem Lawrence Kasdan, który pracował przecież przy wcześniejszych firmach serii, oraz inni scenarzyści, dopuścili się tak drastycznych luk w opowiadanej historii. Okazuje się, że reżyser usunął z filmu wiele scen tłumaczących te niejaśności, a całości dowiedzieć możemy się z książki, która na polskim rynku ukazać ma się wiosną przyszłego roku. Problem w tym, że film powinien bronić się sam i nie polegać tak bardzo na didaskaliach w postaci rozszerzonego uniwersum, nomen omen zastępującego to już istniejące, skasowane przez Disneya.

Wroobel: Oprócz tego dzieje się w Przebudzeniu Mocy coś, czego zrozumieć i zaakceptować nie potrafię. Może to sama Moc, może to starożytny swąd midichlorianów, a może zwyczajna warsztatowa nieudolność. Ja rozumiem i akceptuję, że od samego początku Kylo Ren nawet nie stara się dorównać popularnością Darthowi Vaderowi, ale na litość bogów parseków i hipernapędów, mimo wszystko, posiada potencjał pozwalający na odwrócenie klątwy nieudolnych antagonistów walecznych rycerzy zakonu Jedi. Potencjał ten jest pielęgnowany przez ponad połowę filmu, po czym zostaje zapakowany do komory kontaminacyjnej i wypuszczony w kosmos z odciśniętą podeszwą buta na zaczerwienionym pośladku.

O ile budowanie postaci Kylo Rena przez pryzmat mocowania się z wielkim poprzednikiem, pogłębionej zresztą (sprytnie!) wątkiem rywalizacji z generałem Huxem, jest  pomysłem dobrym, to już moment zdjęcia maski przez Sitha – nie. Rzekłbym nawet, że jest to ta chwila w filmie, kiedy całe napięcie trafia szlag i laser z ciężkiego blastera. Spod tajemniczej, budzącej grozę maski wyłania się postać nastolatka spod znaku kultury emo: niezrównoważonego, emocjonalnie rozchwianego, niezrozumiałego przez otoczenie, którego motywacje sprowadzają się do czynienia na przekór woli rodziców. Co znamienne, wszystkie niepowodzenia jakie spadają na Kylo Rena mają miejsce w momencie, w którym zdejmuje on z twarzy maskę, co nasuwa prostacką wręcz konotację, że jedyne, co Sithowi w życiu wyszło to założenie owej maski – a skoro tak, to dlaczego tak chętnie ją zdejmuje?

Prez: Tę postać muszę obronić ze względu na to, że ma ona w sobie potencjał na coś naprawdę ciekawego. Nie każdy Sith nosi maskę. Jego dylemat, po której stronie Mocy się opowiedzieć, dawałby ogromne pole do popisu dla scenarzystów, niestety znając Hollywood postać ta zostanie mocno okrojona z warstwowości, co pokazuje już pierwszy epizod nowej trylogii – po finale filmu możemy się spodziewać, że rozterek rycerza Ren już więcej nie uświadczymy, a całość skieruje nas na biało-czarny konflikt dwóch potężnych postaci, dobrze znany ze współczesnych opowieści dla nastolatków (i kina rozrywkowego w ogóle).

Wroobel: Senator Palpatine czy Hrabia Dooku pokazują, że można stworzyć wyraziste postaci, które nie chowają się za podwójną osobowością (można by było też zastanowić się tu nad fizjonomią Dartha Maula, ale raz, że jego postać jest epizodyczna, a dwa, że jego powierzchowność, sama w sobie jest „zamaskowaniem”). Tymczasem ja w Przebudzeniu Mocy podważam sam sens zakładania maski Sithowi. Nie ma zaskoczenia, nie wiąże się to z żadnym fabularnym twistem, a co gorsza, nie ma w tym zabiegu żadnej puenty. O ile przez większą część filmu Kylo jest dosyć konsekwentnie budowany na tajemniczego antagonistę w masce, o tyle po pierwszym odsłonięciu twarzy, dalsze próby maskowania nie mają w filmie żadnego sensu. Bez większego ładu i składu ją nosi, a potem zdejmuje; czasem staje przed Snokiem z odkrytą twarzą, a czasami (w pierwszej części filmu) maskę zakłada. Raz swoje młodzieńcze frustracje wyładowuje z nieruchomym obliczem maski; drugi raz, załzawiony, rozwirzchony, wściekły – a przez to dziecinny. Rozterki Kylo będą, ale pewnie dopiero w zakończeniu trylogii, za cztery lata. Przecież musi spojrzeć w twarz matce. A matki nie zabija się tak łatwo…

Smuci kolejny nieudany czarny charakter, a prawdopodobnie smuci nawet dwóch, jako, że Głównodowodzący Snoke, czyli orkopodobny następca Palpatine’a, prezentuje się równie słabo jak młody Kylo, który wygląda i zachowuje się jakby spędzał większość wolnego czasu na malowaniu paznokci na czarno. Kolejny raz zawodzi budowanie profilu antagonisty i nawet samousprawiedliwienie się względem Vadera nie zmienia tego stanu.

Prez: Oglądając Przebudzenie Mocy ma się wrażenie, że myślą przewodnią produkcji jest „bigger and better” przez co na dzień dobry poznajemy naprawdę potężną protagonistkę, która bez pomocy nikogo staje się praktycznie niepokonana, chociaż przyczyn takiego obrotu spraw film nie tłumaczy w ogóle. Wynika to z założenia, że The Force Awakens jako otwarcie kolejnej trylogii ma nas jedynie wprowadzić w to, co stanie się dalej – zarówno w filmach jak i poszerzonych przez książki historiach zatwierdzonych przez Disney’a. Epizod VII krzywdzi widza tym założeniem i po raz pierwszy w historii sagii film otwierający nową trylogię nie jest zamkniętą całością. Więcej tu pytań niż odpowiedzi, ponieważ twórcy otwarcie sugerują, że żeby je poznać, musimy wytrwać z marką kolejne 5 lat. I to jest ogromna wada tego filmu – gdyby był to odcinek serialu, nie byłoby problemu.

Wroobel: To, co smucić może jeszcze bardziej, to tytułowe przebudzenie Mocy, którem owszem, ma miejsce w filmie, ale ginie gdzieś pomiędzy kolejnym wybuchem kolejnej Gwiazdy Śmierci, a pozycjonowaniem narracji na prawie budowania relacji zdruzgotany ojciec – zbuntowany syn. O ile uważam Rey za najciekawiej wprowadzoną postać w filmie, o tyle jej związek z Mocą nie ma żadnego wiarygodnego podłoża i materializuje się według legendarnego przepisu scenarzystów o nazwie „Bo tak”. Nie wątpię, że w kolejnych latach wszelkie pozaekranowe plotki dotyczące pochodzenia dziewczyny znajdą swoje potwierdzenie, ale ja, jako rzeczywisty widz Przebudzenia Mocy, tytułowego przebudzenia w żaden sposób nie poczułem.

Mimo wszystko powtarzam: to wciąż świetny film, pełen błyskotliwych dialogów, niebanalnych żartów, jednoznacznych (chociaż nie czołobitnych) odwołań do starej trylogii, daje mnóstwo doskonałej zabawy. A jednak mam niedosyt i żal do twórców, żal za zdjętą maskę, za owe papierowe przebudzenie mocy i za nieumiejętność wyjścia poza ramy konwencji młodzieżowego science-fiction w tak pojemnym i kreatywnym uniwersum.

Wroobel & Prez

  • Berserker

    Jak na poczatek nowej serii to jest ok (5/10) ale jak na kontynuację w świecie SW to słabo, bez epickosci i widac ze szykuje sie wielkie sprzątanie, teraz czas na młodych, mysle ze w kolejnej części zabijo Luka.

    • Prez

      Zakładając, że Disney zamierza zrobić z SW telenowelę jeszcze większą niż kiedykolwiek planował to Lucas, to rzeczywiście sprzątanie wydaje się być jednym z założeń. To zapewne nie ostatnia trylogia, którą ujrzymy, że o spin-offach nie wspomnę.

  • kolek368

    może Kylo będzie miał warstw tyle co cebula, ale pierwsze wrażenie robi kiepskie. w momencie w którym zdejmuje czapkę, to przestaje być kolesiem który może iść na mecz lechii z szalikiem arki i nikt mu nie podskoczy. może taki był plan i w kolejnych epizodach jego wątek fajnie się rozwinie, ale nie zmienia faktu, że niesmak pozostał. a tak z trzeciej strony może to jest istota problemu z nowymi gwiezdnymi wojnami, że Ci co narzekają na E7 czepiają się bo to powtórka z rozrywki a jak dostali nowego złego to narzekają, że jest inny niż stary zły.

  • Michał Piwowarczyk

    Drodzy, a gdzie jest powiedziane, że Kylo Ren jest Sithem? :>

    • Prez

      Wroobel popełnił mały skrót myślowy. Kylo należy do Rycerzy Ren (kimkolwiek by oni nie byli), ale zakładać możemy, że jego mistrz jest Sithem, prawda? Nie spodziewałbym się innego obrotu spraw, zwłaszcza patrząc na wtórność, jaką oferuje Epizod VII.