Grube Rozmowy #8 – Powrót do przeszłości

Prez: Przy ilości obecnie powstających gier ciężko jest zapoznać się nawet z połową z nich, a kupka wstydu rośnie. W takiej sytuacji powroty do starszych pozycji to sfera marzeń – nie ma na nie czasu. Ale gdybyś miał ten czas, to w co z ogranych już przez Ciebie tytułów znowu byś popykał? I choć znam odpowiedź na to pytanie, to i tak je zadam: Czy jest w ogóle sens wracać?

Cooldan: Czy jest sens czytać kolejny raz te same książki? Albo oglądać kilka razy jeden film? Mimo, że odpowiedź jest oczywista, to osobiście nie wracam do książek, które już przeczytałem. Nie oglądam filmów, które już widziałem. Nie wracam do gier, które już skończyłem. Mimo, że w każdej sytuacji bardzo bym chciał… Niestety nadprodukcja dzieł kultury jest tak ogromna, że ciężko być na bieżąco ze wszystkimi nowymi, wartymi uwagi pozycjami. Ponowne ogrywanie znanych już tytułów nie wchodzi w tym przypadku w grę.

Prez: Dziwny jesteś. Są takie filmy, do których się wraca, nawet kosztem nowości. Nie wyobrażam sobie nie obejrzeć jeszcze raz (lub kilkanaście razy) takich klasyków jak Blade Runner, czy Dracula. Z ksiązkami już gorzej, bo zabierają więcej czasu, chociaż zdarza mi się wracać do dawno już przeczytanych pozycji – Ubik, Shadows of the Empire, saga o Wiedźminie. A gry? Z nimi jest przede wszystkim jeden problem – szybko się starzeją. Powrót do klasyków kupowanych na GOG zazwyczaj kończy się dezinstalacją po 20 minutach grania. Ale są takie pozycje, do których czasem wracam, nawet jeśli miałbym pograć tylko chwilę. Nie masz takich gier, naprawdę?

Cooldan: Mam, ale nie mam na to czasu. Regularnie się łapie na myśleniu „ach, zagrałbym sobie jeszcze raz w X”, ale na takim myśleniu się kończy. Z drugiej strony może to i lepiej – wspaniałe wspomnienia dotyczące starszych gier mogłby nie przetrwać zetknięcia z rzeczywistością.

Prez: Ja kocham wracać do serii Myth. Przeszedłem wszystkie trzy części co najmniej kilka razy. Przez to, że grałem w nie jak szalony w czasach ich świetności, nadal sprawiają mi masę frajdy. Postarzały się okrutnie, ale ten klimat, ta muzyka – one są tak samo świeże jak w dniu premiery. Myślę, że każdy ma takie gry, do których może wracać mimo nastu lat na karku. Zresztą są teraz takie ilości modów, że wiele pozycji można odświeżyć. Wystarczy wspomnieć o genialnym Brutal Doom. Nikt nie każe przechodzić Ci całości, ale jeden level przed snem to świetny relaks.

Cooldan: Rozumiem, doceniam, szanuję, ale sam tak nie robię. Co najwyżej obejrzę sobie gameplay starocia na YouTubie. Ostatnio np. przypominałem sobie zakończenie Final Fantasy VIII. I oglądanie sprawiło mi tak samo dużo frajdy jak gdybym próbował jakoś w to zagrać. Bo mimo, że mówisz, tak jakby to było banalne i bezproblemowe, to czasem powrót do „starocia” jest niemożliwy. ZWŁASZCZA w czasach gdzie kompatybilność wsteczna jest drogim luksusem.

Prez: To jest drogi luksus na konsolach, na blaszakach nie ma czegoś takiego jak kompatybilność wsteczna, bo ogrom pozycji da się odpalić na nowych systemach – czasem trzeba tylko trochę pogrzebać w plikach lub sięgnąć po wersję z GOG, jeśli takowa istnieje. Bojkotuję konsolową kompatybilność wsteczną za 60 złotych od gry na PS4 lub tą na Xone, klatkującą gorzej niż na kalkulatorach. Pffffff.

Razer: Co tu się… powrót do przeszłości? Ja! Ja lubię wracać! Najłatwiej do filmów – kilkadziesiąt minut i po sprawie. Można też przewijać mniej ciekawe momenty, bajka! Ale z grami jest więcej problemów. Wspomniana przez was (nie)kompatybilność, starzejąca się mechanika (to chyba najgorsze), zawód jakiego doznajemy, gdy okazuje się, że w naszych wspomnieniach stworzyliśmy przesadnie ubarwiony obraz rzeczywistości. Mi zawsze przeszkadza jeszcze jedna rzecz – brak sejwów. Zawsze trzeba zaczynać od pierwszego etapu, kończy się na drugim i odinstalowuje. Właśnie dlatego w większości starych gier początek znam na pamięć (bo zawsze zaczynam), ale nie pamiętam absolutnie nic z pozostałych 90% (bo nigdy nie kończę). Trzeba by się cackać ze ściąganiem sejwów z netu, kopiowaniem do jakichś dziwnych katalogów, sprawdzaniem czy działa… Mi się już chyba nie chce, wolę pójść na łatwiznę i obejrzeć chwilę gameplaya na YT.

Prez: Co Wy macie z tym YT? Co to za przyjemność oglądać, jak gra ktoś inny? A co do stanów zapisu, to ja trzymam swoje kilka katalogów z gier naj, naj, ale masz rację – często te sejwy przepadają i trzeba grać od nowa. Tylko że jak wracasz po latach do grania, to jaki sens zaczynać od środka? Nie pamiętasz wtedy, co się działo, gdzie i dlaczego. Z kolei w grach bez szczególnego nacisku na fabułę dobrze jest chyba zaczynać od zera, chociażby po to, żeby przypomnieć sobie jak w to się w ogóle gra. Gdybym miał możliwość zagrać dziś w Star Wars: Racer lub Star Wars: Shadows of the Empire, to na pewno chciałbym grać od pierwszego etapu.

Razer: A ja w Racera wolałbym zagrać w kilka ulubionych tras, a nie męczyć się z odblokowywaniem wszystkiego od nowa. Tak samo w pierwszym Modern Warfare (tytuł niezbyt retro, ale przykład dobry!) zagrałbym tylko w najsłynniejszą misję w Prypeci. Na trochę podobnej zasadzie działa właśnie to oglądanie gameplayów. Bo tak naprawdę niekoniecznie zależy mi na tym, żeby przejść samodzielnie całą starą grę od początku do końca. Może po prostu chcę sobie przypomnieć kilka najlepszych momentów, dialogów, scen akcji, czy utworów muzycznych? Jak z filmami, zawsze fajnie się ogląda ulubione fragmenty Predatora, Ace’a Ventury, czy Gwiezdnych Wojen. Wiadomo, że żeby zaczerpnąć pełnię wrażeń, należy doświadczyć danego dzieła od początku do końca, najlepiej za jednym razem, bez zbędnych przerw. Ale skoro już kiedyś przeżyłem te gry i filmy, to teraz do podsycania żaru wspomnień wystarczą mi te drobne fragmenty. Cooldan już mówił o „nadprodukcji dzieł kultury”. Ain’t nobody got time for that… chyba że na emeryturze, której nigdy nie będę mieć.

Prez: Ja też nie wracam często do starszych pozycji, ale uważam, że powinno się wracać. Zwłaszcza w literaturze i filmie. Ostatnio obejrzałem ponownie Revolver Guy’a Ritchie, po raz pierwszy od premiery w 2005 roku. Różnica wieku spowodowała, że zupełnie inaczej oglądało mi się teraz ten film. Z książkami to już w ogóle interpretacja różni się w zależności od wieku, wiedzy i doświadczenia! Z grami jest oczywiście inaczej, ale chciałbym np. odświeżyć sobie Alpha Protocol, które wspominam jako najlepiej napisane RPG w jakie grałem. Chciałbym zweryfikować ten scenariusz i dialogi po latach, ale obawiam się, że mechanika, która już na starcie była tragiczna, teraz po prostu odrzuca w pierwszej minucie.

Razer: Mechanika pozostaje naszym najgorszym wrogiem, ale ponowny, być może całkowicie inny odbiór po latach, faktycznie może nam zrekompensować boje ze sterowaniem. Warto wracać, w końcu najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Tylko niech nikt po dwóch dekadach nie każe nam za nie płacić jak za gry z zeszłorocznej przeceny.

  • Jakub Antoniuk

    Ja mam troszkę inaczej niż wy, ja odkrywam wiele sucharów, które znałem od zawsze ale w które z jakiegoś powodu nigdy nie zagrałem. I musze przyznać, że odsetek gier, które odrzucam bo się za bardzo zestarzały jest relatywnie mały. Zazwyczaj odpadam nie przez grafikę (choć pierwsze 3D w niskiej rozdzielczości potrafi śnić się po nocach, staram się w takich sytuacjach kombinować, grać na potrach na PSP czy DS-ie) czy mechanikę a przez poziom trudności bądź problemy techniczne.

  • b_one

    Mechanika jest wrogiem, a sejwy czesciowo zalatwia savestate wszelkiej masci emulatorow czy dosboxa 😀

  • tom_dzi

    Do filmów powracam bez znużenia, co jest oczywiste, bo do ponownego obejrzenia nie wybiorę czegoś, przy czym się wynudziłem. Mogę znać je na pamięć, ale nigdy nie tykam FWD>>. Nawet wśród książek znajdzie się kilka (na przykład właśnie „Diuna”), które przeczytałem przynajmniej dwukrotnie. Z grami sprawa jest trochę inna.
    Ponieważ ominęło mnie kilka generacji konsol, a przynajmniej dwie solidne, chętnie wróciłbym do tytułów, o których prawie każdy słyszał i prawie każdy grał. Oprócz mnie. Najgorsze jest to, że gdy już zaopatrzyłem się chociażby w starsze Playstation i odpowiedni materiał, nadal nie udało mi się rozwiązać problemu czasu. Nie umiem doprowadzić do jego spontanicznej dylatacji, więc mogę cieszyć się jedynie świadomością możliwości takich wycieczek w przeszłość. Jeżeli chciałbym wrócić do gier już skończonych, z reguły dotyczy to pozycji długich, rozległych, jak „Fallout” czy „Baldur’s Gate” i pochodne. To na pewno nie ułatwia sprawy.
    Bardzo mi przykro, że nie mam szans na nadrobienie wszystkich interesujących pozycji (powiedzmy lepszych niż 7/10) z każdej z wymienionych „branż”. Nauczyłem się już nie tracić czasu na nudne książki. Potrafię odłożyć je w połowie tak samo, jak wyłączyć marny film po pół godziny. Nie wyrobiłem sobie jeszcze tej umiejętności przy grach. Gdzieś tam leży pendrive z zapisanymi stanami rozgrzebanych rozgrywek i ciągle chciałbym wrócić i pozamykać choćby najbardziej męczące z nich (na ciebie też patrzę, Asasynie Trzeci).

  • Radosław Urbański

    Do książek raczej nie wracam, ponieważ mam całkiem dobrą pamięć i w większości pamiętam prawie wszystkie szczegóły, z tych które przeczytałem nawet kilka, a czasami i kilkanaście lat temu. Jedyny wyjątkiem była saga wiedźmińska i „Hobbit”.
    Z filmami jest inna sprawa, bo jak zostało zauważone wcześniej można przelecieć nudne fragmenty. Do tego wybieram też to co mnie naprawdę interesuje. Plusem dla mnie jest to, że moja dziewczyna oglądała o wiele mniej filmów niż ja, więc ja sobie przypominam, a ona ogląda coś nowego-starego. Jednak raz do roku przeważnie odtwarzam sobie „Buntownika z wyboru”, „Star Wars”, „Kompanie Braci” czy „Stowarzyszenie umarłych poetów”.
    Z grami jest natomiast kilka problemów – mechanika, save’y czy to, że zajmują zbyt dużo czasu. Jednak często wracam do „Red Dead Redemption” czy do CoDów z II wojny światowej.