Final Fantasy XV

Jacek Kaleta, autor cyklu JapSpam, dostarcza pisaną recenzję najnowszej odsłony Final Fantasy. Miłej lektury – Prez.

Kto pamięta czasy, kiedy konsole były wyznacznikiem pod względem jakości grafiki? To był okres, kiedy na ekranach telewizorów królowali DragonBall, Yaiba, Czarodziejka z Księżyca i Kapitan Tsubasa. Właśnie wtedy pewne studio deweloperskie wyznaczało swoje własne standardy. Standardy, które później były podchwytywane przez resztę branży i wcielane w ich produktach. Tym studiem było Square, które niekiedy błędnie nazywano SquareSoftem. Wiele osób wtedy nie wiedziało, że SquareSoft to tylko oznaczenie oprogramowania tworzonego przez firmę. Na początku studiu nie powodziło się najlepiej i pomimo wydania całkiem sporej ilości gier, groziło jej bankructwo. Wtedy właśnie w umyśle Hironobu Sakaguchiego zrodziło się coś, co najprościej można było nazwać pożegnalnym prezentem. Coś, co miało być ostatnim tchnieniem umierającego na polu walki żołnierza… Ostateczną Fantazją.

Wtedy stało się coś, czego twórcy się nie spodziewali. Był to szok dla nich samych, a także dla wszystkich, którzy postanowili poświęcić kilka chwil, żeby przyjrzeć się ich ostatniej produkcji. Gra Final Fantasy okazała się bardzo dobra i ciekawa pod wieloma względami. Oferowała również wyzwanie, którego wiele osób oczekiwało, a opowiadana przez nią historia, mimo że prosta, potrafiła naprawdę wciągnąć. Tym oto sposobem Square odrodziło się jak feniks z popiołów. Przez wiele lat wyznaczali oni wspomniane już wcześniej standardy jak powinny prezentować się gry, jak tworzyć bohaterów i historie, których nie zapomnimy do końca naszych dni.

Tutaj zaczyna się przygoda ostatniego na chwile obecną dziecka Square. Gry, która miała zostać częścią większej całości, a ostatecznie skończyła, jako coś zupełnie innego. Coś, co miało zrewolucjonizować podejście do gatunku JRPG na zawsze. Oto historia Noctisa Lucisa Caleuma, księcia wspaniałego królestwa Lucis, ogniwa, które miało złączyć podzielone i przywrócić to, co od dawna zostało zapomniane. Zanim jednak do tego dojdzie, nasz ojciec, Król Regis, wysyła nas w podróż. Prostą wycieczkę, podczas której towarzyszyć będzie nam gwardia przyboczna w postaci osiłka Gladiolusa, cichego przywódcy Ignisa oraz śmieszka Prompto. Niestety, jak to w szczęśliwych historiach bywa, wszystko w ciągu chwili odwraca się do góry nogami. Wielkie i złe Imperium Niflheim postanowiło zaatakować Lucis w momencie, kiedy było ono najbardziej bezbronne. W skutek tego prawie cała stolica została zrównana z ziemią. W tym momencie w sercu Noctisa zagościła chęć zemsty i odzyskania wszystkiego, co zostało mu odebrane.

Droga zemsty nie będzie oczywiście prosta. Wszystko za sprawą ewolucji marki, która widoczna jest już od kilku odsłon. Final Fantasy podzieliło los serii Metal Gear Solid i przeszło w tryb open world. Dla niektórych może być to koszmar, którego nigdy nie chcieli, a dla innych zbawienie, na które czekali. W grze otrzymujemy EoS, czyli świat u podstaw oparty na mitologii kryształu, ale będący czymś zupełnie innym zarazem. Nie jest to już świat fantasy z elementami rzeczywistości, a bardziej rzeczywistość z elementami fantasy. Balansowanie na cienkiej granicy rozdzielającej te dwa gatunki, jest tu po prostu obłędne.

Piękno i zróżnicowanie świata jest na początku przygody skrywane za kurtyną czegoś, co przypomina Afganistan. Z czasem surowe pustynie pełne pagórków i nagrzanego piasku zmieniają się w tereny wiejskie. Wiejskie zamienią się metropolie, albo jeżeli wybierzemy zupełnie inną ścieżkę, to w lasy, góry, piękne i bezkresne morze albo jezioro. Jezioro, dookoła którego życie będzie toczyło się niezależnie od tego, czy wejdziemy z nim w interakcję. Wielkie bestie korzystają z malutkiego wodopoju, przy brzegu rodzina stworów, przypominających hipopotamy, wygląda jakby szukała pożywienia, a w oddali zwykły człowiek nie widzi niczego, poza spławikiem w wodzie. Wielokrotnie złapiecie się na tym, że stanęliście na chwilę, żeby podziwiać piękno tej krainy. Warto jednak pamiętać, że pomimo piękna, ta kraina jest również niebezpieczna.

W momencie zagrożenia pojawia się oczywiście walka, a wraz z nią zmiana w stosunku do poprzednich odsłon serii. Square-Enix postanowiło porzucić oldschoolowe podejście do starć, na rzecz pełnokrwistych pojedynków w czasie rzeczywistym. Cała rozgrywka jest rozwinięciem tego, co mogliśmy zasmakować w Final Fantasy XII oraz Crisis Core. Nie będziemy już wybierać komend, podczas gdy nasi wrogowie grzecznie czekają. Tutaj trzeba działać szybko i skutecznie. Każda chwila wahania może kosztować nas życie i zakończyć wspaniale zapowiadającą się przygodę. Niestety ten element posiada też swoje minusy. Największym z nich jest system lockowania się na przeciwnikach. Sama walka jest miodna, ale naszym największym przeciwnikiem nie będzie dziwnie rozkładający się pies, wielki koń z pokręconymi rogami albo wyłaniający się z ciemności tytan, tylko kamera, która potrafi doprowadzić do mdłości i fakt, że nie jesteśmy w stanie zablokować naszego celownika na okres dłuższy niż kilka sekund. System namierzania sam z siebie przeskakuje i potrafi dokonywać bardzo dziwnych decyzji, które wprowadzają niepotrzebny chaos do tańca stali i magii. Warto wspomnieć, że owa magia nie jest również tym, czym była w poprzednich częściach. Tutaj wszystko opiera się na mieszaniu elementów ognia, piorunów i lodu oraz dodawania do tego katalizatora. Dzięki temu zabiegowi możemy stworzyć najróżniejsze przedmioty, które po użyciu działają jak czary.

Jeżeli znuży nas wykonywanie misji fabularnych to bez problemu możecie podjąć jedną z wielu dodatkowych aktywności. Twórcy pod tym względem prawdopodobnie czerpali inspirację z serii Yakuza, która w tej dziedzinie jest niepokonana. Otóż w samej grze będziemy mogli polować na potwory, wykonywać setki mniej lub bardziej rozbudowanych fabularnie misji pobocznych, robić selfiki w bardzo dziwnych miejscach, gotować, łowić ryby, grać na automatach, etc. Każda z tych aktywności została bardzo dobrze przemyślana, a nie tylko wrzucona do gry na siłę. Tym oto sposobem nawet wędkowanie potrafi być bardzo wciągające. Poza standardowym „machaj wędą ryby będą” możemy w całkiem pokaźny sposób rozbudowywać naszą wędkę. Na to, jakie ryby złapiemy wpływa też rodzaj przynęty, miejsce, w jakie rzucimy haczyk oraz pora dnia i nocy. O dziwo żadna z tych aktywności nie jest toporna i nużąca, co jest niezwykłym plusem tej produkcji.

Niestety jak już wspomniałem wcześniej, ewolucja serii może być zbawieniem, jak i koszmarem. Final Fantasy XV choruje na przypadłość wszystkich gier z otwartym światem, czyli rozwodnienie linii fabularnej. A przez rozwodnienie mam na myśli, że fabuła w tym tytule jest jak piwo z Tesco za dwa złote. Wiele wątków zaczyna się tylko po to, żeby nigdy nie doczekać się finału. Postacie znikają i pojawiają się bez sensu. Całość na początku wygląda jakby twórcy specjalnie wycinali kawałki fabuły, żeby zdążyć na premierę, którą już i tak przekładali wiele razy. A największym ciosem jest fakt, że wielkie i złe Imperium Niflheim jest tak naprawdę iluzorycznym zagrożeniem, które nigdy nie pokazuje swoich kłów. Wykonywanie samych tylko misji fabularnych nie ratuje tego aspektu gry. Dopiero, kiedy dojdziemy do ostatniej części przygody, kiedy zostaje odebrana nam możliwość dowolnego robienia, co nam się żywnie podoba, gra zyskuje kilka punktów spójności fabularnej – lecz wtedy jest już za późno, żeby odratować tak wspaniale zapowiadającą się historię.

Drugą przypadłością, która dopadła Final Fantasy XV jest fakt, że nie stanowi ona większego wyzwania, szczególnie kiedy wykonamy część zadań pobocznych. Jeżeli kiedykolwiek osiągniecie poziom bliski trzydziestemu, to wasza postać będzie w stanie przelecieć przez fabułę bez większych problemów. Mógłbym też wspomnieć o delikatnie zaniedbanym AI niektórych postaci niezależnych, które nie potrafią czasami przejść prostej drogi z punktu A do punktu B, jednak to jest jedna z tych rzeczy, którą można poprawić za pomocą łatek.

Final Fantasy XV to gra, której powinien spróbować każdy, kto uwielbia być „podróżnikiem” w wirtualnych światach. EoS zaoferuje wam więcej, niż moglibyście się spodziewać i jest jednym z najpiękniejszych światów, jakie odwiedziłem w tym roku growym. Różnorodność fauny i flory jest ogromna, ale nie przesadzona, dzięki czemu otrzymujemy świat, który od samego początku wydaje się naturalny. System walki jest miodny i nie nuży nawet na chwilę, a animacje ataków oraz akcji, jakie wykonują nasze postacie podczas walki, są na bardzo wysokim poziomie. Same aktywności poboczne prawdopodobnie zatrzymają was na długie godziny, a fabuła, nawet jeżeli nie zachwyci, to w ostatnich rozdziałach i tak sprawi, że będziecie pod wielkim wrażeniem rozmachu, z jakim twórcy postanowili zakończyć historię Noctisa. Nie jest to jednak gra, która zachwyci wszystkich zatwardziałych fanów gatunku JRPG. Jeżeli jednak potraktujecie ją jako coś nowego, nie oceniając jej przez pryzmat poprzednich części, to powinniście zostać oczarowani do tego stopnia, że przejdziecie fabułę. To nie jest Final Fantasy, które oczekiwaliśmy, to jest Final Fantasy, na które zasługujemy. Szczerze Polecam.

Autor: Jacek Kaleta

Platforma: PS4

Final Fantasy XV / Deweloper: Square-Enix / Wydawca: Eidos / Strona Oficjalna.

  • Piotr Zawiła

    Dzięki za świetna recenzje.
    Jak kocham otwarte światy tak są one ostatnich produkcjach niezła zmora linii fabularnych
    Jednak jakmowisz ze eksploracja zapewni nam wiele wrażeń to czuje sie namowiony

  • nightrunner

    Recenzja bardzo dobra, zgadzam się w 100%. Moim zdaniem przeniesienie serii do otwartego świata nad wyraz się udało.
    Inna sprawa, że nie chciałbym żeby od teraz każdy Final był piaskownicą – jednak otwarty świat niemożliwym jest żeby szedł w parze z zapierającą dech fabułą. To tyczy się wszystkich tego typu gier, więc nie poczytywalbym tego akurat w FFXV za duża ujmę.
    Właściwie obejrzenie miniserialu anime i filmu Kingslaive jest obowiązkiem dla dobrego wczucia się na początku przygody i poznanie charakterów postaci co mnie trochę dziwi bo jednak Square zawsze idealnie nakreslalo poszczególne charaktery postaci, a tu ten aspekt kuleje.
    Walka zdecydowanie zbyt chaotyczna ale koniec konców świeża i nie nudzi się. Teraz pytanie co Square zrobi z takim fajnym silnikiem gry, wszak zapowiedziane następne ich gry korzystają z innego, bodajże z Unreal4…