FIFA 18

Poprzednia odsłona Fify, okraszona numerkiem 17, została przeze mnie oceniona bardzo pozytywnie. W tym roku z piłek kopanych premierę miało najpierw dzieło Konami, które wypadło wręcz fenomenalnie, a ja sam jestem szczęśliwy, bo namówiłem paru fanów gry od EA na zakup produkcji ze stajni Japończyków. Szczęście jest to tym większe, że żaden z nich nie narzeka. U konkurencji też nie jest źle, bo Elektronicy wracają ze swoją nową łaciatą na pełnym gazie!

Strzał numer 1. Grafika. EA każdego roku stara się coraz lepiej odwzorować twarze zawodników. W tym roku potwierdziło się tylko to, co było już w ostatniej odsłonie. Topowi zawodnicy Europy i Świata są odwzorowani bardzo dobrze, tatuaże i fryzury również. Jeśli jednak są na sali fani polskiej Ekstraklasy, muszę ich rozczarować – twarze grajków najlepszej (he, he) ligi świata mało przypominają swoich odpowiedników z boisk. Tak było rok temu, i tak jest teraz. W FIFA 18 wyglądają tylko nieco lepiej. Ale czy każdy gra tylko kadrami? Zostawmy buźki graczy, przejdźmy dalej. FIFA 18 jako całość jest bardzo, ale to bardzo ładną grą. Widoki stadionów z lotu ptaka, wyjścia na murawę, nawet kibice wyglądają lepiej niż rok temu. Silnik Frostbite cały czas robi dobrą robotę i widać, że można z niego jeszcze co nieco wycisnąć. Jeszcze te ligi na pełnej licencji – czy to Premier League, czy LaLiga Santander – wszystkie wstawki graficzne, tła lig, czcionki są żywcem przeniesione z TV. Poezja.

Strzał numer 2. Zmiany. W tej kwestii FIFA nie doczekała się wielu nowinek. Jest tryb Squad Battles w Ultimate Team. Gramy swoim zespołem, który ułożyliśmy w FUT przeciwko ekipie drugiego gracza, również złożonej w tym trybie. Cały myk polega na tym, że przeciwnikiem steruje SI. Fajne rozwiązanie dla wszystkich, którzy chętnie pograliby w ten tryb, ale na myśl o grze przeciw żywemu graczowi, mają odruch wymiotny. Pod kątem gry single największą nowinką są „realistycznie” prowadzone rozmowy podczas próby zakontraktowania gracza innego zespołu. Teraz zamiast okienka z wyborem pensji, długości kontraktu i statusu w zespole spotykamy się w swoim biurze z zawodnikiem i jego agentem. Dalej już wygląda to jak scenka z trybu Journey – agent mówi ile chce, my się zgadzamy lub nie i tak kilka razy aż do uściśnięcia sobie dłoni. To jest fajna rzecz, ale tylko na początku. Niestety praktycznie ciągle te same kilka opcji pod rząd, mimika twarzy i emocje jak na pogrzebie osoby, którą widzieliśmy raz podczas trzydziestu lat swojego życia sprawiają, że w końcu wysyłałem kogoś na te rozmowy bo nie mogłem już na nie patrzeć.

Strzał numer 3. Gameplay. Tutaj nie mam się do czego przyczepić. Gra zwolniła, podobnie jak tytuł konkurencji, choć nie tak mocno. W wyniku tego zabiegu mecz próbuje stać się bardziej taktyczny. Piłkę czuć, walka w parterze, w powietrzu czy strzały wychodzą dobrze. Ale tu znowu nie ma bardzo odczuwalnych zmian w rozgrywce. Podania w uliczkę są póki co zabójcze, strzały z dystansu (szczególnie te z pierwszej piłki) wpadają bardzo często, ale to piękno futbolu zabija jedna rzecz. Mało ważne jest to, kim gramy. Nie ma problemu, by każde spotkanie Wisła Kraków – Legia Warszawa kończyło się hokejowym wynikiem i samymi pięknymi bramkami. Dokładnie taki sam mecz możesz zagrać pomiędzy Barceloną a Realem, Chelsea, a Arsenalem, i tak dalej. Nie chcę, by było to odebrane jako wada, po prostu ja wolę realizm. Czy to znaczy, że się źle przez to bawię z FIFĄ 18? Oczywiście, że nie. Bo zabawa wciąż jest przednia, tak jak rok temu. Warto zwrócić uwagę, że teraz łatwiej jest wykonywać triki zawodnikami. Chyba lepiej czują teraz piłkę. Na sam koniec tematu dodam tylko, że przed spotkaniem można sobie wybrać zawodników, którzy będą zmienieni podczas meczu. Dodaje to trochę dynamiki – nie trzeba wchodzić w menu i klikać, wszystko odbywa się szybko i w miły dla oka sposób.

Strzał numer 4. Tryb Journey. FIFA 17 sprawiła niemałą niespodziankę wprowadzając tryb fabularny z prawdziwego zdarzenia. Co prawda wybory nie dawały zbyt wiele w kontekście kolejnych rozmów i zachowań, a wszystko było dość statyczne, ale i tak całokształt dawał sporo frajdy. W tym roku EA chciało iść krok dalej. Zatrudnili kilku bardzo znanych zawodników (plus kilku na emeryturze takich jak Thierry Henry czy Rio Ferdinand), dorzucili możliwości wyboru lig podczas transferu i upchali całość w kino klasy B. Wszystko jest oczywiście mocno przewidywalne, a rozmowy dalej sztuczne jak szczerość polityków, ale co z tego, skoro pękło mi przy tym kolejne kilkanaście (!) godzin. I bawiłem się dobrze. Nie będę więc czepiał się trybu Journey na siłę, bo jest on całkiem miłym dodatkiem do kopania wirtualnej piłki. Zaznaczyć chcę od razu, że pisać o wszystkich sprawach nie chcę, by nie popsuć nikomu zabawy, więc powiem tylko, że nie w samego Alexa wcielimy się na boisku. Przyczepić się muszę do jednej rzeczy – na samym początku naszej fabuły jesteśmy na wakacjach w Brazylii i idziemy pokopać mecz 3 na 3 niczym w FIFA Street. Drogie EA, czy nie dało się tego dać więcej? Przecież to aż się prosi o więcej. I jeszcze jedna sprawa – wiem, że to gra mieć skrypty, ale niemoc w wygrywaniu niektórych spotkań to totalna kpina. A czarę goryczy przelewa to, że często granie samym Alexem woła o pomstę do nieba, szczególnie kiedy wrzucamy go do słabszych zespołów.

Strzał w kolano. Audio. Pamiętacie, jak narzekałem na polski komentarz w tekście o poprzedniej edycji? W tym roku niestety nie zmieniło się nic. Znowu miało być więcej tekstów (i jest, ale znów tylko podczas gry w trybie Journey) i po raz kolejny teksty pamiętające czasy FIFA 13 nie zostały nagrane na nowo. Co boli, bo znów mamy do czynienia z różnymi poziomami głosu. Raz ciszej, raz głośniej i Szpaka dalej słuchać się nie da. Jego partner, Pan Laskowski, niestety wtóruje mu w tym i jest tak bardzo bezpłciowy, że chyba odpalę sobie komentarze z nowego PES-a, żeby o nim zapomnieć. Pozostałym radzę wyłączyć komentarz lub zmienić go na angielski. Oprawę audio, jak co roku, ratuje muzyka przygrywająca nam podczas treningów oraz w menu. Kolejny raz EA pokazuje, że w doborze ścieżki dźwiękowej jest na światowym topie.

Strzał z rykoszetem. Licencje. FIFA każdego roku ma ich bardzo dużo, niektóre z nich są razem z licencjami na ligi. Granie spotkania Premier League, gdzie wszystko jest w tej otoczce i grafikach rodem z TV to wielka frajda. Tutaj kolejny raz EA stanęło na wysokości zadania i ma bardzo dużo lig, włącznie z tymi mało znanymi. Tylko, czy aby na pewno każdy z nas chce grać takimi drużynami jak Al Ahly? Czy fani Ekstraklasy nie woleliby oglądać wyglądającego jak żywego Kucharczyka, Angulo, Brożka zamiast scrollować podczas wyboru jaką ligą dzisiaj zagrać sparing z kumplem? Ja wiem, że chciałbym widzieć to właśnie tak. Produkt jednak idzie w świat i takie ligi, jak te z Arabią Saudyjską na czele, dają plusy w słupkach sprzedaży, a o to przecież chodzi.

Ostatni gwizdek i koniec spotkania. Podsumowanie. FIFA 18 nie jest żadną rewolucją. Jest  krokiem do przodu, miejscami większym krokiem, miejscami tylko kosmetycznym. Czy to wystarczy, by każdy kto grał sporo w poprzednią część, jechał prosto do sklepu? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Na pewno dużo więcej zauważą ci, którzy rok temu nie kupili kopanej od EA.

Autor: Krzysiek „Hader” Tałajczyk

Platforma: PC / PS4/ Xbox One / PS3 / X360 / Nintendo Switch

FIFA 18 / Deweloper: EA Sports / Wydawca: Electronic Arts / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od Electronic Arts Polska.