Far Cry 5: Hours of Darkness

Poniższy opis to relacja z mojego przejścia gry. Hours of Darkness to sandbox z zadaniami do wykonania, bez większego nacisku na fabułę, dlatego mojej opowieści nie traktujcie jako spoilera – każde przejście gry może wyglądać inaczej, a gracz sam tworzy własną przygodę.

Z wprowadzenia dowiedziałem się, że wojna dobiegała już końca. Razem z moim oddziałem, z którym znaliśmy się jak bracia, leciałem na jedną z ostatnich misji. Mieliśmy wyzwolić kilka obozów jenieckich w rejonie. Szybko okazało się, że nie będzie to łatwe zadanie. Nasz helikopter, ostrzelany przez wroga, runął na ziemię, a ja ocknąłem się w obozie Wietkongu. Zamknięty w malutkiej bambusowej klatce, mogłem tylko bezczynnie obserwować, jak wrogi oficer zabija mojego dowódcę. Uwięziona w klatce obok kobieta rozumiała wietnamski i tłumaczyła mi po cichu, o czym rozmawiają żołnierze. Mieli wyruszyć z powrotem w miejsce, gdzie spadł nasz helikopter, ale obawiali się grasującej w dżungli pantery. Chwilę potem na obóz spadły amerykańskie bomby – piloci Phantomów nie wiedzieli o naszej obecności. Bombardowanie stworzyło okazję do ucieczki. Niestety eksplozje zabiły kobietę w klatce obok. Nigdy nie dowiedziałem się, kim była.

Postanowiłem wrócić do miejsca, w którym się rozbiliśmy. Zakradłem się do helikoptera i po cichu wyeliminowałem dwóch żołnierzy, którzy przeszukiwali wrak. Nasz pilot nie żył, ale radio, które miał przy sobie, nadal działało. Zabrałem też pistolet i apteczkę. Udało mi się skontaktować z dowództwem. Strefa ewakuacji znajdowała się około cztery kilometry ode mnie. Oficer radiowy przekazał mi, że mój cel nadal jest aktualny, więc jeśli zdołam, powinienem wyzwolić część obozów, na które natrafię w drodze do miejsca zbiórki. Musiałem też uratować moich kolegów z oddziału – byli więzieni w okolicy. Informacje o celach i interesujących miejscach mogłem uzyskać przeszukując dokumenty Wietkongu lub ratując sojuszników z Armii Wietnamu Południowego. Było ich w sumie pięciu i każdy miał jakieś cenne informacje.

Na pierwszego natrafiłem przypadkiem – w jego okolice ściągnęło mnie radio nadające propagandowe nagranie, które namawiało mnie do poddania się. Zniszczyłem je i kiedy irytujący głos ucichł, dobiegło do mnie ciche pojękiwanie jeńca oraz odgłosy kopniaków. Zakradłem się do szopy, w której przetrzymywano nieszczęśnika i po kolei wyeliminowałem wszystkich wrogów. Z każdą kolejną eliminacją rósł mój tymczasowy poziom skradania się. Byłem cichszy, szybszy, wykrywałem wszystkich przeciwników w około, ale tylko tak długo, jak długo pozostawałem w ukryciu. Wyzwolony żołnierz poinformował mnie o miejscu przetrzymywania jednego z moich. Joker był niedaleko, ale żeby do niego dotrzeć, musiałem przedrzeć się przez wrogi obóz. Głos przez radio poinformował mnie o wsparciu bombowców, które będzie można wezwać, jeżeli unieszkodliwię wrogie pozycje przeciwlotnicze. Zakradłem się w oznaczone na mapie miejsce i niezauważony podłożyłem ładunki. Po eksplozji, która zmiotła większość przeciwników, wystarczyło załatwić kilku pozostałych.

Jokera przetrzymywano w jednym z obozów jenieckich. Wspiąłem się na wzgórze, żeby przy pomocy lornetki rozpoznać siły i stanowiska przeciwnika. W bazie był alarm – musiałem go najpierw unieszkodliwić, jeżeli nie chciałem mieć na głowie dodatkowych posiłków Wietkongu. Na szczęście całość poszła jak z płatka. Chwilę potem Joker był wolny. Razem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Noc powoli dobiegała końca, zwierzęta zbierały się nad rzeką, owady cykały w około i byłbym w stanie powiedzieć, że to piękne miejsce, gdyby nie fakt, że otoczeni byliśmy przez wrogie patrole. Szybko okazało się, że tylko początki były proste. Resztę czasu mieliśmy spędzić w wysokiej trawie, omijając przeciwników, jeśli tylko się dało. Amunicja kończyła się dość szybko, a liczba żołnierzy Wietkongu stanowiła prawdziwe wyzwanie. Byliśmy zdani tylko na siebie za linią wroga. Sytuacji nie poprawiał fakt, że moi sojusznicy mogli zginąć na amen, dlatego starałem się chronić Jokera za wszelką cenę, mimo że świetnie sobie radził, zarówno w otwartym starciu, jak i podczas skradania.

Po drodze udało nam się zniszczyć kilka stacji propagandowych i stanowisk przeciwlotniczych, aż wreszcie odbiliśmy Mosesa, który uzbrojony w ciężki karabin M-60, doskonale sprawdzał się w otwartym starciu. Byliśmy braćmi, byliśmy razem i mieliśmy jeden cel: przeżyć. Jako dowódca oddziału musiałem jednak podjąć decyzję – zamiast szukać ostatniego żołnierza, postanowiłem wyruszyć w stronę punktu ewakuacyjnego. Wolałem pozostawić jednego sojusznika, niż ryzykować, że stracę wszystkich. Przedzieraliśmy się wzdłuż głównej drogi, idąc przyklejeni do skał na skraju mapy. Omijając liczne patrole, modliliśmy się w duchu, żeby żaden nas nie zauważył. Pół kilometra przed celem odezwało się radio – wywiad odnalazł Yokela, ostatniego żywego członka naszego oddziału. Yokel był na drugim końcu doliny, niedaleko miejsca, gdzie rozbił się nasz helikopter. Mieliśmy go prawie trzy kilometry za sobą. Spojrzałem na mapę. Gdyby przejść na północ przez główną drogę i dotrzeć do rzeki, to resztę trasy do niego mogliśmy pokonać w spokoju. Trzeba tylko było dotrzeć do rzeki. Na tym etapie nie było już mowy o pozostawieniu go w rękach wroga. Musieliśmy to zrobić.

Przy samej rzece trafiliśmy na duży oddział wroga maszerujący w naszym kierunku. Schowani w krzakach czekaliśmy tylko, aż zacznie się piekło… i nagle dowódca zawrócił swoich żołnierzy. Czy dostali nowe rozkazy? Zauważyli jakieś dzikie zwierzę? To nie miało znaczenia. Najważniejsze, że jakimś cudem uniknęliśmy nierównej walki. Mogliśmy iść dalej. Kiedy dotarliśmy do wioski rybackiej, w której przetrzymywano Yokela, szczęście nas opuściło. Szybki rekonesans pozwolił nam odnaleźć się w sytuacji. Nad brzegiem dwóch żołnierzy Rebupliki Wietnamu miało być zaraz rozstrzelanych. W głębi wioski Yokel przesłuchiwany był przez oficera Wietkongu. Usłyszałem jak oficer grozi naszemu koledze i odlicza do pięciu.  Nie chciałem wybierać między naszym człowiekiem, a tamtymi dwoma nieszczęśnikami. Rzuciłem się w wir walki.

Wpadliśmy na brzeg, skasowałem dwóch żołnierzy mierzących w jeńców. Kiedy lufy karabinów przestały celować w ich głowy, jeńcy zebrali się do ucieczki. W głębi wioski odliczanie dobiegało końca. Kiedy tam dobiegałem, padł strzał. Przestaliśmy się skradać i wylecieliśmy na placyk w akompaniamencie kakofonii dobiegającej z naszych karabinów. Wrodzy żołnierze padali jeden po drugim, oficer uciekał w stronę samochodu, a Yokel leżał na ziemi, ale żył! Dopadłem do niego i pomogłem mu się podnieść, po czym ruszyłem w pogoń za oficerem. Adrenalina pulsowała w naszych żyłach, a amunicja w magazynkach powoli wyczerpywała się. Oficer padł przed maską ciężarówki. Mieliśmy transport. Ku mojemu zaskoczeniu musiałem wybrać dwóch spośród trzech sojuszników, którzy będą mogli mi dalej towarzyszyć. Było to dziwne rozwiązanie, wybijające z immersji. Skoro łącznie jest ich tylko trzech, dlaczego wszyscy nie mogli towarzyszyć mi w drodze do punktu ewakuacyjnego?

Ciężarówka pomogła nam przebyć połowę drogi, po drodze zobaczyliśmy ciała martwych jeńców, których dopiero co wyzwoliłem. Trafili na wrogi patrol. Musieliśmy porzucić transport przed bazą wroga. Nic nam to nie dało – za nami pojawiły się pojazdy wypełnione żołnierzami, którzy otworzyli do nas ogień i tym samym zaalarmowali jednostki stacjonujące w bazie. Znaleźliśmy się pod krzyżowym ostrzałem i jedynym wyjściem była ucieczka na pobliskie wzgórze. Wróg nie rezygnował i pędził za nami. Kiedy Joker padł po raz kolejny, myślałem, że już po nim. Na szczęście Yokel pomógł mu wstać i biegliśmy dalej. Po jakimś czasie za nami zapanowała cisza. Byliśmy wycieńczeni i ranni. Brakowało nam amunicji i apteczek. Nie mieliśmy już sił na przeczesywanie terenu. Nagle przed nami wyrosło kolejne stanowisko przeciwlotnicze. Dwa ogromne działa postawiono na skraju jaskini. Chroniło ich wielu żołnierzy, w tym mocno opancerzeni oraz tacy uzbrojeni w miotacze ognia. Musieliśmy ominąć ich górą, wspinając się na skalną półkę nad jaskinią.

Był już dzień, kiedy skradaliśmy się nad głowami żołnierzy, stojącymi kilka metrów pod nami. Nikt nas nie zauważył, nikt nie usłyszał. Czekało nas jeszcze tylko zejście ze skał i wędrówka w dół w górskim strumieniu. Woda zagłuszyła wszelkie hałasy. Kiedy na końcu drogi wodospad zablokował nam przejście, musieliśmy go obejść, wyzwalając po drodze kolejny obóz jeniecki i zwiedzając tunele pod nim. U kresu podróży czekała nas jeszcze obrona lądowiska. Przytłaczające siły wroga atakowały nas z każdej strony, ale do naszej dyspozycji mieliśmy bombowce, a także RPG, którymi udało mi się zestrzelić dwa helikoptery. Nie było to łatwe, bo broń z tamtego okresu pozostawiała wiele do życzenia w kwestii efektywności. Ale udało się! Przygoda dobiegła końca, a ja z autentycznymi wypiekami na twarzy, odetchnąłem z ulgą.

Wszyscy moi koledzy przeżyli. Ucieszyłem się, bo mimo że przez całą grę mieli tylko kilka mówionych kwestii, to zależało mi na nich bardziej niż na kimkolwiek z podstawowej gry. Odgłosy walki, latające nad głową śmigłowce, klimat wojny – to wszystko powodowało, że immersja była tu o wiele silniejsza niż w wymyślonym na siłę konflikcie w Hrabstwie Hope. Mapę wyczyściłem w 77%, a całość zajęła mi nie więcej niż cztery godziny. W nagrodę po zakończeniu gry otrzymałem dostęp do trybów Survivor (mniej miejsca w ekwipunku i krótszy pasek życia) oraz Action Hero (więcej miejsca w ekwipunku i nieograniczony dostęp do wzywania nalotów). Wiem, że do gry wrócę. Zwłaszcza, że jest tu znowu kooperacja. Szkoda tylko, że rozwiązana w równie kretyński sposób, co w podstawowej kampanii – postępy zapisują się tylko dla gracza, który jest hostem.

Autor: Prez

Platforma: PC / PS4 / Xbox

Far Cry 5: Hours of Darkness / Deweloper: Ubisoft Shanghai / Wydawca: Ubisoft / Strona Oficjalna.

  • Brett Zgredowski

    Nie wiem czemu ale zupełnie inaczej wyobrażałem sobie te dodatki. Gdzieś w głowie wbiłem sobie że będą to liniowe opowieści fabularne. Kompletnie nie wiem skąd ta myśl. A tak naprawdę to jest FarCry w nowym settingu. Zdobywanie obozów, zakładnicy itp. Nie to żebym narzekał, bo się podoba, lecz jest to coś innego niż się spodziewałem. Gram już jakiś czas,chcąc wyczyścić mapę. Klimat jest bardzo spoko i niekiedy sam sobie go buduję. Robię wszystko po cichu – w końcu jestem jedynym amerykańskim żołnierzem po środku terytorium wroga 🙂 Nie wiem tylko jak poradzić sobie z pomarańczowym gazem. Miłym zaskoczeniem są podziemne tunele. Czekam na kolejne DLC bo zombie i Mars brzmią interesująco.

    • Prez

      Ja też spodziewałem się większego nacisku na opowiadaną historię, jakieś dywagacji na temat serii tak jak było to w przypadku Blood Dragon. Mimo wszystko, tak jak piszesz, gracz sam buduje tu sobie historię i to jest nawet spoko. Mam jednak nadzieję, że kolejne dodatki będą polegać na czymś innym. Trochę szkoda by było, gdyby każdy oferował tylko inny setting i ten sam pomysł na zabawę (ale pewnie tak będzie).

  • ryuk

    Początek zapowiadał się ciekawie nasza postać mówi to już był plus co z tego jak fabuły brak za to robimy to samo co w podstawce.Z pomocników tylko jeden przeżył na chwile się od nich oddaliłem i nawet nie zauważyłem jak padli.