Eisenhorn: XENOS

Kiedyś, sto lat temu, kiedy zaczynałem dopiero zajmować się recenzjami gier, byłem zły, kiedy trafiały mi się kiepskie tytuły, ale cóż, byłem żółtodziobem, więc dostawałem same „hity inaczej”. Kiedy w końcu mogłem już sobie wybierać gry, to odkryłem, że recenzowanie kiepskich tytułów jest proste i przyjemne. Można sobie trochę popuścić w tekście, a przecież pisanie rzeczy negatywnych jest o wiele łatwiejsze niż pozytywnych. I teoretycznie ciekawsze.

Teraz, kiedy minęło te sto lat, od kiedy opisuję gry, znowu nie chcę zajmować się złymi utworami, ale z zupełnie innych powodów. Po prostu nie mam czasu do marnowania, a niestety granie w Eisenhorn: Xenos do tego się właśnie sprowadza – do marnowania czasu.

A zapowiadał się ciekawie od strony fabuły, nawet jeśli nie najlepiej od strony jakościowej. Książki ze świata Warhammera 40.000 to średniej jakości literatura, zawieszona gdzieś pomiędzy czymś oryginalnym, a fanfikami, ale wydają się solidną podstawą do gier. Tytułowy Eisenhorn jest inkwizytorem Imperium Ludzkości, więc w imieniu Imperatora może w zasadzie robić, na co ma tylko ochotę.

Nie jest przy okazji wcale taką złą osobą, więc zanim zacznie machać glejtami i pieczęciami zezwalającymi mu na rozwalanie wszystkiego i wszystkich, zazwyczaj próbuje się z ludźmi dogadać. I zależy mu na jego załodze. I mówi głosem aktora Marka Stronga, co sprawia, że rzeczywiście jest postacią, a nie po prostu kolejnym trójwymiarowym modelem biegającym po mapach.

Ostatecznie to jednak fakt, że Mark Strong tak dobrze wciela się w Eisenhorna, że jest w stanie przeczytać sztywne linie dialogowe ze świata WH40K w taki sposób, że sprzedaje bohatera, jego motywacje i uczucia, jest największą bolączką gry. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze reszta zespołu podkładającego głos nie tylko nie powinna nigdy przebywać w tym samym pokoju co Mark Strong, ale należy się jej wygnanie do innego hrabstwa i zakaz odzywania się w miejscach publicznych. Kiedy jakaś postać się odzywa i nie odrzuca to człowieka automatycznie, nie wykręca uszu i nie zachęca do wyłączenia dźwięku, to jest naprawdę dobrze. Niestety większość najgorszych wystąpień przypada na załogę naszego statku kosmicznego, więc spotykamy ich relatywnie szybko i często. Uszy bolą.

Drugi aspekt jest dużo bardziej praktyczny. Zapewne gdyby nie udział Marka Stronga, studio byłoby stać na dopracowanie tytułu w ramach tego samego budżetu. Znalazłyby się pieniądze i na dodatkowe poziomy, i na dopracowanie grafiki, i na zatrudnienie większej grupy gorszych niż pan Strong aktorów, którzy podnieśliby jednak jakość całości o kilka poziomów…

Mimo wszystko próbowałem się do Eisenhorn: XENOS przekonać. Traktowałem tabletową rozgrywkę i walkę jako przerywniki między elementami fabularnymi. Próbowałem pamiętać, że w końcu to gra na PC i na iOS-a i Androida, więc port na komputery raczej nie będzie za bogaty, jeśli chodzi o rozgrywkę i bardziej rozwinięte elementy.

I wiecie co? Byłbym w stanie to wszystko przeżyć, gdyby nie fakt, że wersja gry na komputery osobiste kosztuje dwa razy więcej niż w przypadku urządzeń mobilnych. Za dwa razy większą cenę dostajecie dokładnie tę samą grę, tylko że całkowicie niedostosowaną do realiów sprzętowych i wymagań współczesnego gracza. Co za okazja!

Chciałbym, aby Games Workshop przestało marnować mój czas, rozdając na prawo i lewo licencje swoich kultowych tytułów. Na każdy przynajmniej dobry utwór przypadają cztery takie, które marnują potencjał i irytują fanów. Naprawdę nie wiem, z czego to wynika. Ostatnie informacje na temat rozejścia się Games Workshop i Fantasy Flight Games, jednego z największych i najpopularniejszych wydawców gier planszowych i karcianych na świecie, nie napawają optymizmem co do kierunku, w jakim Brytyjczycy sterują swoim okrętem. Eisenhorn: XENOS jest niestety na to dowodem.

Autor: Michał Piwowarczyk

Platforma: PC, Android, iOS.

Eisenhorn: XENOS / Deweloper: Pixel Hero Games / Wydawca: Pixel Hero Games / Strona Oficjalna.

Grę do recenzji otrzymaliśmy od Plan of Attack.

  • Jakub Orlano Antoniuk

    Skok na kasę, gra, która bez głośnej marki zginęłaby bez echa, tak przynajmniej będzie miała swoje 5 minut i może hajs się im będzie zgadzał.