EGX 2018 – Relacja

Oto relacja Tomasza Wasiewicza z tegorocznego EGX w Birmingham. Masa tekstu do przeczytania i sporo zdjęć do obejrzenia!

Poprzednia edycja targów EGX w Birmingham sprawiła mi mnóstwo frajdy. Poczułem się tam częścią społeczności graczy jak nigdzie indziej. Dzięki uprzejmości włodarzy Rozgrywki miałem okazję ponownie wybrać się na wyspy brytyjskie, by wraz z Piotrem Ziętalem pograć w najnowsze produkcje, a także te, które swoją premierę mają nawet na wiosnę przyszłego roku. Z chęcią podzielę się z wami swoimi wrażeniami, a wszystkich chętnych do ich przeczytania zapraszam do kontynuowania lektury.

Parę słów o samym EGX. Jest to impreza, która wywodzi się z targów organizowanych przez Eurogamer, brytyjskie pismo dla graczy. Przypadła jednak ona odwiedzającym tak bardzo do gustu, że obecnie stała się największym gamingowym wydarzeniem na Wyspach. Eurogamer jest jednak bardzo aktywny i jeśli zna się osoby tam piszące, swobodnie można je zaczepić i pogadać. W tym roku widać, że nastąpił jednak lekki krok w tył. Nie wiem, czy wynika to z faktu, że EGX po raz pierwszy, tydzień po targach w Anglii, został zorganizowany w Berlinie i środki na organizację jednej imprezy musiały być przez wystawców podzielone na dwa. Czy może jest jakiś większy problem, który również wpłynął na to, że i nasze rodzime WGW zostało zupełnie odwołane?

W każdym razie najbardziej okazałe i przepiękne, zeszłoroczne stanowiska Microsoftu i Sony, teraz były mocno odchudzone i ciężko było wyraźnie określić, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Trzeba nadmienić, że mimo wszystko Zieloni byli bardziej widoczni. Większość pokazywanych gier była prezentowana na XOX i oznaczona specjalnymi naklejkami na ekranach, że wyglądają one tak dobrze, dzięki „najpotężniejszej konsoli na rynku”. Nintendo natomiast nie zawiodło i miało równie bogatą i wciągającą strefę jak rok wcześniej. Mam też wrażenie, że strefa wielkiego N była najbardziej oblegana na całych targach. Jedyny tytuł, który nie tylko podjął rękawicę Nintendo, ale też zdecydowanie zdominował wszystkie inne to Metro: Exodus.

Zacznijmy zatem od niego. Metro: Exodus to kolejna, trzecia już gra w uniwersum rosyjskiego postapo. Seria rozwija idee opisane w książkach Dmitrija Głuchowskiego. Do tej pory mieliśmy do czynienia z dość liniowymi grami FPS, gdzie naboje nie tylko służyły do obrony, ale też jako waluta. Trzeba było decydować czy wartko kupić dodatek do karabinu, apteczkę, filtr do maski, czy może zaoszczędzić amunicję na nadchodzącą walkę. Najnowszy tytuł idzie o krok dalej. Rzuca nas w bardziej otwarty świat. Na targach można było rozegrać misję z prologu. Byłem ograniczony 20 minutami, ale udało mi się zobaczyć całkiem sporo rzeczy. Przede wszystkim gra podpowiada, że nowa broń – kusza, to klucz do sukcesu. Cicha, zabójcza, dająca możliwość na odzyskanie bełtów z ciał wrogów. Idealne narzędzie dla kogoś, kto nie chce być wykryty. Dostajemy podstawowe wybory moralne. Czy zostawić bandytę przykutego do drzewa i pozwolić by dzikie psy go zjadły? Czy może jednak uratować człowieka, w świecie, gdzie tak niewielu ich zostało? Ja postanowiłem mu pomóc i choć gra w żaden sposób nie potwierdziła tego, to on sam obiecał, że jeśli kiedyś się spotkamy to na pewno się odwdzięczy. Myślę, że jeszcze bym go spotkał. Następnie udałem się do obozu bandytów. Gdzie trzeba było się rozglądać za sznurkami zawieszonymi pod sufitem z puszkami, które hałasem alarmowały przeciwników o mojej obecności. Pojawia się krafting i mnóstwo, mnóstwo przedmiotów, które będziemy zbierać. Gdzieś w połowie czyszczenia obozu popełniłem błąd i nie trafiłem kuszą w głowę wroga. Rozpoczęło się polowanie na mnie. Miałem dzięki temu okazję sprawdzić, jak działają pozostałe bronie. To był kolejny znak za tym, żeby korzystać z kuszy. Ani karabin, ani pistolet maszynowy, ani nawet strzelba, nie były tak skuteczne w walce jak wspomniana kusza. Wrogowie nie znając mojej pozycji szukali mnie, przeczesywali teren, a kiedy już mnie odkryli, flankowali i zachodzili od tyłu. Ogólnie przez większość czasu zachowywali się bardzo dobrze. Zdarzyło im się jednak zaciąć na drabinie… Należy podkreślić, że graliśmy w alfę, więc jest szansa na poprawę tej sytuacji przed premierą. Gra była obłędnie piękna i dało się czuć, że nawet XOX, na którym prezentowane było demo dostaje zadyszki, a klatki spadają poniżej 30. Piotr mówił, że u niego było nawet gorzej niż u mnie z płynnością. Warto zatem śledzić doniesienia prasy, czy coś się zmieni w tej materii, czy w pełni cieszyć się grą będzie można tylko na PC.

Kolejnym dużym tytułem, a jednocześnie grą, na którą najdłużej poczekamy, było Division 2. Mieliśmy okazję w czteroosobowych zespołach przejść misję, którą można oglądać na oficjalnych gameplayach. Tę, która kończy się w pobliżu rozbitego samolotu. Ponownie dane nam było doświadczyć przepięknej grafiki. Kilkukrotnie zatrzymywałem się w miejscu, by podziwiać z jakim kunsztem zrobione zostały lokacje. Jeśli byliście fanami pierwszej Dywizji, tutaj odnajdziecie się jak w domu. Jest więcej, lepiej, ładniej. Strzelanie to sama przyjemność, przeciwnicy to nie lada wyzwanie i trzeba ze sobą współpracować, jeśli chce się wyjść ze starcia cało. Każda umiejętność jest ważna i trzeba korzystać ze posiadanego sprzętu przełączając się w moim przypadku między snajperką a kaemem. Tak, nadal wrogowie to gąbki na kule, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało. Na pewno kupię na premierę, bo to dobra gra jest po prostu.

Obok Division 2 było stanowisko Assassin’s Creed: Odyssey. Kiedy czytacie te słowa, gra miała swoją premierę i wszyscy zainteresowani już grają. Nie mniej jednak chciałem napisać, że gra było mi mocno obojętna przed targami. Byłem osobą, która uważała, że to skok na kasę i duże DLC do Origins. Okazało się, że nie miałem racji i 20 min z wersją alfa gry wystarczyła, bym natychmiast złożył zamówienie na preorder gry wraz z season passem. Moim zdaniem warto zaufać tytułowi i dzięki temu wszyscy spędzimy dziesiątki godzin, tym razem w Grecji pogrążonej wojną peloponeską. Fajne było też to, że obok kolejki do grania stała sceneria, na tle której można było sobie zrobić zdjęcie i dostać wydrukowane na pamiątkę. Dodatkowo można było mieć tło z Division 2 lub Starlink.

O samym Starlinku nie słyszałem za wiele przed targami. Właściwie wiedziałem tylko, że taka gra istnieje i lata się w niej statkami kosmicznymi. Jak sami widzicie to nie za wiele. Zdziwiło mnie to, jak wiele stanowisk tak z XOX, jak i PS4 jest zatem dostępnych, do tego by sobie polatać. Do pogrania namówił mnie Piotr i bardzo mu jestem za to wdzięczny. Założenia są sympatyczne dla rozgrywki i totalnie przerażające dla naszych portfeli. Otóż modele statków, ich uzbrojenie może być doczepione do pada jako fizyczne modele. Na pada zakłada się specjalny dok na statek. Po jego umiejscowieniu możemy podoczepiać do niego różne modele fizyczne broni czy elementów służących do łatwiejszego czy szybszego latania statkiem. Wszystko natychmiast znajdzie odzwierciedlenie w grze. Sam motyw jest super, ale jeśli chodzi o koszty to strach pomyśleć. Rzekomo, wszystkie te rzeczy można odblokować wirtualnie, bez modeli. Jak będzie w rzeczywistości, przekonamy się po premierze. Sama rozgrywka przypomina No Man’s Sky. Może jest odrobinę mroczniejsza, ale tylko odrobinę. Miałem okazję przelecieć układ planetarny wzdłuż, wylądować na planecie i bić się z wielkim robotem, który w połowie starcia zaczął przede mną uciekać. Fajne i dzieciakom na bank się spodoba. Nie jestem tylko pewien, czy dorośli nie znudzą się dość szybko samą rozgrywką. Dla mnie było to odrobine za proste i stosunek swobodnego lotu do akcji był zdecydowanie zbyt przesunięty w stronę tego pierwszego.

Kingdom Hearts 3, to gra, która dla mnie wygrała targi. Przyznam, że nie grałem w poprzednie części, ale sama idea bardzo mi odpowiadała i śledziłem w prasie doniesienia o serii. To co jednak zobaczyłem na ekranie to był mokry sen fana animacji Disneya. Wszystko wygląda jak byśmy byli w kinie, a nie grali w grę. Animacje postaci to majstersztyk, fabuła angażuje, nawet przez te dane mi 20 minut. Walka jest bardzo satysfakcjonującą i różnorodna. W prezentowanym fragmencie można było stoczyć walkę z tytanem nawiązując do animacji o Herkulesie oraz pozwiedzać trochę pokój zabawek z Toy Story. Jedyny minus – nie dane było śpiewać Mam tę moc w fragmencie poświęconym Frozen. Myślę, że to będzie tytuł, o którym dużo i często będziemy rozmawiać po jego premierze zaplanowanej na 29.01.19.

Tak się złożyło, że w dzień targów wylądowaliśmy dokładnie po drugiej stronie kompleksu od miejsca, gdzie odbywało się EGX. Przez dobre 20 minut szybkiego kroku, z każdego okna i z co drugiego miejsca na plakaty uśmiechały się do nas reklamy Fallout 76. Jako, że premiera jeszcze w tym roku, byliśmy święcie przekonani, że tak duża liczba reklam daje nadzieję na grywalny fragment tytułu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że jedyne co, to można sobie zrobić zdjęcie z dużą statuą Vaultboya stojącą przed „wejściem” do tytułowego schronu 76. Co prawda dostaliśmy maski, upodabniające nas do niego oraz mogliśmy spróbować słynnej kuchni ze schronu (książka z przepisami dostępna już w sklepach), ale to jednak nie to samo. Co ciekawe, nie było nawet pół ekranu, na którym można by chociażby obejrzeć zwiastun gry. Po co więc wydawać tyle pieniędzy na reklamę? Nie wiem.

Stoisko Hitmana 2 trudno było przeoczyć, a to za sprawą wielkiej gumowej kaczki przebranej w strój agenta 47. Choć kolejka nigdy nie była długa, to demo trwające 30 minut i tylko 10 stanowisk do grania dawało się ostro we znaki czekającym. Rozegrać można było misję rozgrywającą się na torze wyścigowym, gdzie do zlikwidowania były dwa cele. Jednym z nich była pani kierowca samochodu, biorącego udział w wyścigu. Nie dane mi było za dużo pograć, gdyż jak tylko przywdziałem strój wielkiego flaminga gra wyrzuciła mi error i się zamknęła. Obserwowałem natomiast jak inni sobie radzą i zdecydowanie większość robiła wszystko, tylko nie wykonywała po cichu misję. Był nawet jeden gracz, który bawił się w wielokrotne parowanie ciosu ochroniarza, nie atakując go z powrotem. Oczywiście, gracz miał na sobie strój wielkiego flaminga. Uważam jednak, że gra daje tak duże pole do popisu i tak różnorodne możliwości wykonania zadania, że będzie to tytuł, który sprawi wiele radości fanom skrytobójstw w czasach współczesnych.

Przyznam, że choć próbowałem się z serią Soul Calibur wiele razy, to nigdy nie było nam po drodze. Najnowsza odsłona, z numerem sześć zasłynęła już z bezcennego wizerunku Wiedźmina. W ramach targowego dema dane mi było zagrać Białym Wilkiem i faktycznie wpisuje się on w rozpiskę zawodników idealnie. Jego ruchy są płynne, znaki bardzo przydatne, a i animacje fechtunku to niezła gratka dla fanów Rzeźnika z Blaviken. Reszta przetestowanych przez nas rycerzy i roznegliżowanych dam także dawała radę. Nie przekonałem się do tytułu na tyle, by może kupić swoją kopię, ale u kogoś na pewno nie odmówię pojedynku. Fani natomiast powinni być wniebowzięci.

Destiny 2 ponownie miało zarezerwowane olbrzymie stoisko, ponownie także wraz z brytyjskim Virigin Mobile dawało mnóstwo fajnych gadżetów dla abonentów tego drugiego. Dla reszty zwykłych śmiertelników, możliwe było z kolei rozgranie jednego ze strików lub nowego trybu PVP – Gambit z najnowszego dodatku Forsaken. W zamian otrzymywało się koszulkę z gry oraz smyczkę i coś na kształt identyfikatora składającego hołd poległemu Caydowi-6. Z tym ostatnim można było sobie zresztą zrobić zdjęcie. Znaczy ze statuą ku jego czci.

Let’s Go, Pikachu / Eevee, to tytuł, w który nie dane mi było co prawda samemu zagrać, ale jednocześnie stojąc w kolejce w oczekiwaniu na inne gry mogłem obejrzeć sporą prezentację na telebimach wraz oraz jak wygląda gra pokebolem, który można dokupić do swojej wersji gry. Z dystansu wyglądało to jak masa frajdy, jednak po szybkiej konsultacji z Piotrem okazało się, że gra mocno bazuje na rozwiązaniach Pokemon Go. Ja zatem czekam na zupełnie nowe Pokemony, a fanom smartfonowych Pokemonów pozostaje samemu zadecydować, czy chcą tę grę kupić i machać plastikowym pokebolem.

Super Smash Bros Ultimate jest tytułem, który znają wszyscy, nawet przeciwnicy gier spod znaku Wielkiego N. Faktycznie, kolejka by pograć ciągnęła się niemiłosiernie. Szybko po rozpoczęciu rozgrywki okazało się, że to tytuł nie dla mnie. Doceniam jego złożoność, zasady i skill jaki trzeba posiadać, i wzrok Flasha, żeby nadążyć za wszystkim co dzieje się na ekranie. Nie mniej jednak mnie nie urzekło. Widziałem natomiast, że spora grupa osób ustawiała się natychmiast w kolejce na nowo. Także myślę, że fani poprzednich części będą zadowoleni.

Mario Party, to gra, którą kupię na pewno. To zestaw mini gierek, idealnych by na chwilę dać każdemu po Joyconie, żeby w czwórkę, na jednym ekranie grać i bawić się w domu świetnie. Każda mini gra jest inna, ma swój mechanizm i wykorzystuje funkcje, a także właściwości Joyconów na 100%. Dopóki nie zagracie sami, myślę, że nie zrozumiecie, ile frajdy daje podrzucanie kostki mięsa na patelni, by zarumienić ją odpowiednio z każdej ze stron.

Był zupełny zakaz fotografowania rozgrywki z Diablo 3 na Nintendo Switch i nie dziwię się. Mam tę grę na PC i PS4. Na obu platformach gra mi się rewelacyjnie. Natomiast na Switchu nie dokończyłem nawet dema, które mogłem rozegrać. Tak bardzo źle mi się grało. Niestety nie umiem powiedzieć, jak gra prezentuje się po podłączeniu do doku i wyświetlona na dużym ekranie. Nie mniej jednak, na ekraniku konsoli nie widać nic. Kompletnie nic. Mashujemy losowe przyciski, odpalamy skille, które nie wiemy co robią ani co właściwie kliknęliśmy. Wszystko jest jakieś takie niewyraźnie i nieczytelne. Nawet po wejściu do drzewka wyboru umiejętności czy broni było mocno tak sobie. Odradzam zakup przed samodzielnym pograniem i sprawdzeniem czy wam to odpowiada.

Oprócz dużych graczy ważną częścią EGX są dwie strefy, gdzie prezentowane były gry twórców niezależnych. Jedna, zdecydowanie większa, poświęcona standardowym indykom oraz druga mniejsza, na której swoje tytuły prezentują studenci uczelni brytyjskich. Wśród tych drugich wybiera się jedną grę, głosują na nią wszyscy odwiedzający strefę. Wygrana oznacza dofinansowanie, umożliwiające wydanie produkcji na rynku. Jest więc o co walczyć. Pojawiają się tam tytuły naprawdę nieszablonowe, a czasem wręcz szalone. W tym roku nie udało się tam dłużej zabawić. Żałuję, bo to zagłębie genialnych pomysłów.

Poniżej znajdziecie informacje o kilku mniejszych grach, które udało mi się ograć, a przy części nawet porozmawiać z twórcami:

Swimmsanity, to trochę znany i lubiany Soldat, tyle że pod wodą. Gra się fajnie, zwłaszcza na jednym ekranie. Co jakiś czas pojawia się losowa broń lub bonus wpływający na prowadzoną postać, co pozwala na lepszą eksterminację przeciwników. Na lekcje informatyki w sam raz. Fani tego typu rozgrywki na pewno szybko się tutaj odnajdą i pokochają grę.

PokerStars VR to gra od właścicieli serwisu, w którym można pograć w Texas Hold’em. Jak zapewne zauważyliście, jest to wersja na VR. Twórcy poszli jednak o krok dalej. Oprócz zwykłego grania w karty, dołożono masę przedmiotów, które można wybrać z podręcznego zegarka i pobawić się nimi czekając na swoją turę. Możemy wyciągnąć rewolwer i postrzelać do innych, możliwe jest rzucanie w nich gumowym rekinem. Załadujemy także pistolet na race, a po wystrzeleniu tej ostatniej obserwować piękne fajerwerki na niebie nad stołem. Możemy zapalić cygaro i puścić dymka, a także wyjąć plik banknotów i ruchem ręki rozrzucić pieniądze jak w słynnym geście. Możliwości jest naprawdę mnóstwo.

Przeprowadziłem także krótki wywiad z twórcami. Pytałem o to czy graczom nie przeszkadza ilość tych rozpraszaczy. Przedstawiciel studia odpowiedzialnego za grę odpowiedział, że z ich testów wynika, że ludzie zajmują się tymi zabawkami na początku, a im dłużej grają w grę tym bardziej skupiają się na kartach. Na pytanie czy jest opcja, żeby nie brać udziału w strzelaniu do siebie, uzyskałem odpowiedź, że w tej chwili można włączyć opcję, która z naszej perspektywy wyłączy wszystkie przedmioty i nie zauważymy jak inni się bawią. Co więcej, pozostali gracze nie zauważą nawet, że my nie bierzemy udziału w tym szaleństwie. W przyszłości zaś planowany jest tryb, w którym zabawki będą wyłączone dla wszystkich. Kolejną rzeczą jak mnie nurtowała to podglądanie kart. Czasami zdarzy się, że źle złapiemy karty i przeciwnik mógłby nam je podejrzeć. Widziałem też jak jeden z graczy celowo pokazywał swoje karty innemu. Powiedziano mi, że podglądanie kart innych jest niemożliwy. Pozostali gracze zobaczą puste strony na naszych kartonikach. Fajnie, że o tym pomyślano. Nie udało mi się dowiedzieć natomiast czy wszystkie przedmioty będą dostępne od początku, czy może trzeba je będzie dokupywać za walutę w grze lub prawdziwe pieniądze.

Czy naprawdę potrzebujemy Pokera VR, nie jestem pewien. Na pewno jednak, fajnie jest usiąść przy stole i pobawić się w symulację prawdziwej gry w Texas Hold’em, tak jakby się siedziało przy stole w kasynie. Nie jestem tylko przekonany czy fani tej gry są osobami skłonnymi wydawać pieniądze na sprzęt VR by obcować z nią z perspektywy pierwszej osoby.

Jeśli brakuje wam w życiu większej dawki szaleństwa, to Tony Slopes jest grą właśnie dla was. Udało mi się przeprowadzić wywiad z twórcami, dlatego sprzedam wam parę ciekawostek o tym tytule. Gra tworzona jest przez trzypokoleniową rodzinę z Australii. Praktycznie wszyscy byli w Birmingham promować swoje dzieło. To niesamowite jak tyle osób w rodzinie zaangażowanych jest w tworzenie gier i wspólnie coś robią. Co z tego wszystkiego wyszło? Tak zwany „zjazd na bele czym”. Jeśli znacie tę imprezę Red Bulla, która niegdyś gościła w Zakopanem, to macie niezłe pojęcie o co tu chodzi. Wybieramy nasz transport, spośród kilku dostępnych w demie i śmigamy w dół wzgórza. Do wyboru były między innymi wanna, wózek zakupowy, czy waleń. Prezentowana mapa mieściła się w słynnej Area 51 w USA. Zjazd odbywał się tak po tradycyjnych wzgórzach, jak i przez kompleksy wojskowe, aż prowadził do sekwencji, gdzie należało lawirować pomiędzy laserami wystrzelonymi z latających spodków. Wszystko to podczas przejazdu na waleniu. Mapa była rozległa i posiadała wiele ścieżek, które można było dowolnie obrać. Nie dawała poczucia ograniczenia niewidzialnymi ścianami. Przejazd zajmował około 5 min, więc sporo. Pytałem też o tytuł, bo font sugerował, że gra nawiązuje w jakiś sposób do Toniego Hawka i jego deskorolkowej serii. Twórcy jednak zarzekali się, że wymyślili to imię i nazwisko zupełnie przypadkowo podczas rodzinnej burzy mózgów. Na razie jestem zaciekawiony tytułem. Rodzinka z Australii obiecuje, że będzie mocno słuchać fanów i dodawać przedmioty do gry zgodnie z ich życzeniami. Jak im się to uda oraz jak będą wyglądać nowe mapy przekonamy się niedługo.

Lunar Mines, to bardzo minimalistyczny tytuł o budowaniu sprawnie działającego systemu wydobycia minerałów i ich przetwarzania na kosmicznych księżycach. Musimy sprytnie stawiać odpowiednie budynki, tak by zoptymalizować ścieżkę i czerpać jak największe korzyści z wydobycia. Osobiście gra choć minimalistyczna, była dla mnie kompletnie nieczytelna i nie spodobała mi się. Widziałem jednak, że co jakiś czas przy komputerze siadał ktoś, kto na długie minuty wciągał się w swoją kolonię wydobywczą.

Soundfall, to tak zwany twin-stick shooter, w którym strzelamy wyłącznie do rytmu granej w tle muzyki. Możemy grać we dwójkę na jednym ekranie i taka forma jest zalecana przez twórców. Do wyboru jest sporo map, w różniących się od siebie światach. Każdą trzeba ukończyć zanim grany utwór dobiegnie końca. Sama muzyka różni się znacząco w zależności od świata, w jakim rozgrywamy dany poziom. Przed każdą mapą wybieramy uzbrojenie, którego jest kilka rodzajów i lecimy bić przeciwników do rytmu. Fanom coopa i muzyki elektronicznej polecam mocno.

Thea 2: The Shattering, to ogromne zaskoczenie. Usłyszałem, że twórcy są Polakami i od słowa do słowa, przeprowadziłem z nimi mały wywiad. Pewnie nie słyszeliście o pierwszej części gry Thea. Ja także, a to błąd, bo brytyjskie studio, złożone w całości z Polaków zrobiło naprawdę ciekawy miks gatunkowy okraszony słowiańskimi podaniami ludowymi. Po mapie przemieszczamy się dokładnie jak w najnowszej Cywilizacji, po heksach. Budujemy osady słowiańskie i walczymy w ich obronie, a także podbijamy inne krainy. Walka odbywa się poprzez zagrywanie kart, jak w Magic the Gathering czy Heartstone. Do tego dochodzi ciekawa historia, która garściami czerpie ze słowiańskiej mitologii, pięknie rysowana grafika na kratach postaci i kartach, którymi się walczy. Po prostu bajka, a właściwie to starosłowiańska baśń. Ja na pewno będę trzymał rękę na pulsie i nie mogę się doczekać wersji beta gry, zaplanowanej jeszcze na ten rok i wy też powinniście.

Wavey The Rocket!, to gra, która na pierwszy rzut oka przypomina Floppy Bird. Otóż mamy tytułową rakietę, które musi podróżować w górę i w dół tak by przelatywać w wolnych przestrzeniach pomiędzy przeszkodami. To co sprawia, że gra jest wciągająca i dużo ciekawsza od Floppiego, to fakt, że sterujemy falą, po które porusza się rakieta. Zmieniamy jej amplitudę, powodując, że albo rakieta leci szybciej lub wolniej, jednocześnie wyżej lub niżej. Trzeba szybko sterować amplitudą, żeby rakieta podróżująca po sinusoidzie przelatywała przez przeszkody. Piekielnie trudne i uzależniające.

Heaven’s Vault, to indycza przygodówka. Graficznie tytuł prezentuje się świetnie. Zagadki opierają się na poznawaniu starożytnego języka, a celem gry jest całkowite jego poznanie. Jeśli chodzi o rozgrywkę to nie do końca odpowiada mi sposób poruszania się głównej postaci. Tym bardziej, że gra się w otwartym świecie. Przeskoki / teleporty na krótkie odległości mocno wytrącają mnie z imersji. Wydaje mi się, że długie zwiedzanie świata może być po prostu w ten sposób uciążliwe. Sama idea i koncept świata bardzo mi odpowiada. Szkoda, żeby tak fajne pomysły nie znalazły uznania przez nieatrakcyjną animację ruchu. A już w ogóle jak za głównego towarzysza się ma robocika łudząco podobnego do Walliego!

3 Minutes to Midnight, to przygodówka lekko trącająca horrorem, choć mi najbardziej w głowie kołatał się tytuł Wacki. Bardzo ładnie rysowana, z lekką kreską przywodzącą na myśl Tim Burtona. Lekko wykręcone zagadki, nie do końca logiczne, ale jednocześnie nie zupełnie oderwane od rzeczywistości. No i bóbr. Nie taki fajny jak ten Harley Queen, ale ogólnie całkiem spoko. Ciężko po ogranym fragmencie mi ocenić, czy gra utrzyma poziom przez całą rozrywkę, na pewno jednak mnie zaintrygowała.

Max: The Curse of Brotherhood, jeśli nie graliście w oryginał to się nie przyznawajcie, tylko bierzcie remaster na PS4 i szybko nadrabiajcie. Gra chodzi płynnie i wygląda dobrze. Myślę, że nawet chętnie przejdę tytuł raz jeszcze, by go sobie przypomnieć.

Dungeon Bros, to gra, która jest dostępna od blisko 2 lat. Właśnie dodawany jest tryb hordy, który pojawi się jako darmowa aktualizacja dla wszystkich posiadających grę. Sam tytuł to dungeon crawler z zaimplementowanym sterowaniem rodem z twin-stick shooterów. Najlepiej grać w czteroosobowym coopie. Wtedy są największe emocje i największe szanse na przetrwanie. W odróżnieniu od wielu podobnych tytułów tutaj zebrane złoto pojawia się na kontach wszystkich graczy. Nie ma więc problemu z ninja looterami, którzy grają szybkimi postaciami i zbierają wszystkie fanty, a tank czy czarodziej / łucznik zadający ogromne obrażenia nie dostają prawie nic. Obecnie możecie sami zostać testerami nowego trybu. Po szczegóły zapraszam na stronę pod tym linkiem.

To wszystko, jeśli chodzi o obejrzane przeze mnie gry. Czy działo się jeszcze coś ciekawego na targach? Na pewno nie zawiedli profesjonalni cosplayerzy. Tak ci wynajęci przez studia – rodzeństwo z AC: Odyssey, czterech agentów Dywizji, Spyro czy Agent 47, jak i ci, którzy wzięli udział w konkursie, jak rodzina predatorów, czy postacie z anime. Jednak to co warto zauważyć, to masa zwykłych osób, które miały ochotę przebrać się za swoje ulubione postacie i w ten sposób brać udział w targach. Spokojnie można by zebrać małą armię Deadpooli czy Spider-manów, ale też sporo było osób w tradycyjnych kombinezonach schronów o różnej numeracji na plecach. Czuć było, że gracze dalej podchodzą do targów jako jednego, wielkie święta. To co ponownie mi się podobało, to brak tłumów. Jasne, do Metro czekaliśmy blisko 2 godziny by pograć, ale w przejściach pomiędzy stanowiskami było sporo luzu. Powiększono też strefę gastronomiczną, co rozładowało kolejki po jedzenie i picie. Choć niestety nie jest to poziom tego co znamy z Pixel Heaven. Ogólnie uważam, że miejsce targów jest idealne i wystawcy bardzo rozsądnie rozplanowali całość. Dzięki temu każda spędzona tam chwila jest naprawdę fajna i chce się tam wracać.

Granie w gry i jedzenie, to nie wszystko co można robić na EGX. Choć mnie ta pierwsza rzecz interesowała najbardziej (nie, nie jedzenie), to jest wiele osób, które przyszły tam by wziąć udział w rozgrywkach LoLa, CSa, Fortnita czy Overwatcha. Wszystko to można śledzić na żywo w strefie e-sportu. Było też kino, gdzie wyświetlane były różne zwiastuny prezentowanych gier. Była strefa Meet and Greet, gdzie można było złapać twórców różnych znanych gier oraz sław z pism czy serwisów z Wielkiej Brytanii. Była scena, na której odbywały się prelekcje. My uczestniczyliśmy tylko w jednej, związanej z grą Just Cause 4, w której pokazywano jak kreatywnie korzystać z linki z hakiem, balonów podobnych do tych z MGSV oraz miniaturowych silników odrzutowych. Nie pytajcie! Na tej samej scenie, lokalni celebryci rozegrali też partyjkę papierowego Cyberpunka 2020. Jak bardzo jest to niesamowite? Dodatkowo była jeszcze jedna salka na zewnątrz targów, gdzie odbywały się bliższe spotkania z twórcami, którzy także prowadzili prelekcje. Nie wspomniałem jeszcze o kilkudziesięciu sklepikach z gadżetami dla graczy i fanów anime, gdzie można było zostawić naprawdę dużo pieniędzy. Dodatkowo było sporo wystawców sprzętu do komputerów. Można było obserwować zmagania overclockerów, ale też popatrzeć na komputery z najwyższej półki, czy na nich pograć. Na nudę nie można było narzekać.

Sądząc po relacjach z Gamescomu targi EGX są dużo mniejszą imprezą. Są też mniej zatłoczone, bardziej przyjazne graczom i świętu gier jakim jest obcowanie z twórcami, grami i osobami, którzy się przebierają za te wszystkie postacie. Jeśli macie możliwość i lubicie takie rzeczy, koniecznie dajcie szansę EGX w przyszłym roku. Tanimi liniami dolecicie do Birmingham, a na same targi można dojść pieszo z lotniska specjalną, krytą trasą. Gorąco wam polecam i do zobaczenia na EGX za rok!