Call of Duty: WWII

Jedna z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych serii w historii komputerowej rozrywki, czyli Call of Duty, przeszła długą drogę od lądowania w Sainte-Mère-Église do ataku na marsjańską stocznię. Kolejne studia tworzące dla Activision eksperymentowały z formułą, z lepszym lub gorszym skutkiem, aż w końcu zapadła decyzja o powrocie do korzeni. Czy dzięki temu otrzymaliśmy stare, dobre Call of Duty?

UWAGA: Ta recenzja dotyczy jedynie trybu dla pojedynczego gracza. Całość, czyli kampanię, tryb multiplayer oraz tryb zombie, omawiamy w 146 odcinku Rozgrywki.

Kampania dla pojedynczego gracza to zestaw 12 misji, przedstawiających działania 1 Dywizji Piechoty amerykańskiej na froncie zachodnim. W grze zobaczymy m.in. lądowanie w Normandii, wyzwolenie Paryża, czy ofensywę w Ardenach. Dostępne zadania to często powtórka z rozrywki i wiele misji przypomina dokładnie to, co widzieliśmy już w pierwszych trzech odsłonach serii. Mamy tu jazdę jeepem, etap z czołgiem, a nawet obronę przed atakującymi myśliwcami – skonsturowaną niemalże identycznie jak analogiczna sekwencja z pierwszej części gry. Zaczerpnięcie rozwiązań sprzed ponad 10 lat z założenia miało być hołdem oddanym starym odsłonom, ale w rzeczywistości jest pójściem na łatwiznę. Widać to nie tylko w prostocie mechaniki, ale i niedopracowanych skryptach, które na każdym kroku dostają czkawki.

Wystarczy schować się w innym budynku niż ten, który sugeruje gra, żeby AI zaczęło wariować. Wtedy niczym wyjątkowym stają się sytuacje, podczas których niemiecki żołnierz przebiega koło naszych kompanów, kompletnie przez nich zignorowany i otoczony przez wroga, rozgląda się jedynie za graczem. Wtedy widać też najlepiej, że obie strony konfliktu niewiele tak naprawdę robią, a wymiana ognia może trwać w nieskończoność, jeżeli gracz nie weźmie się do roboty. To znowu kampania, w której jeden heros staje narzeciw setkom wrogów. Wszelkie próby tworzenia iluzji brania udziału w większej machinie wojennej nie są niestety w stanie tego zatuszować. To oczywiście nic nowego w serii, ale zdaje się, że kilka poprzednich odsłon dużo lepiej udawało, że gracz jest tylko częścią większej całości. A przecież to w COD: WWII obserwujemy największe starcia piechoty, jakie kiedykolwiek widziano w serii. Prostota mechaniki i błędy skryptów pokazują jak niewiele zmieniło się od pierwszej części z 2004 roku.

Misja otwierająca kampanię, czyli szturm na plażę Omaha, tak krytykowana przez moich kolegów z redakcji, jest moim zdaniem jedną z najlepszych w całej grze, ponieważ pokazuje to, co w serii się nieustannie się zmienia i co, w dużej mierze, stanowiło zawsze o jej atrakcyjności, czyli oprawę audiowizualną. Nie było jeszcze tak ładnego Call of Duty. Obraz i dźwięk to połowa roboty w kampanii dla pojedynczego gracza i w tym przypadku trudno jest powstrzymać się od zachwytów. Niemalże fotorealistyczna grafika i niesamowite efekty dźwiękowe powodują, że immersja jest tu natychmiastowa. Udana reżyseria otwierających momentów podkreśla dodatkowo koszmar wojny. Sporo tu scen rodem z Szeregowca Ryana, a dynamiczne i efektowne skrypty potęgują wrażenie brania udziału w koszmarze. Co z tego, że taka sama sekwencja otwierała pierwszą grę z serii Medal of Honor? Co z tego, że mechanicznie to dokładnie taka sama misja? Minęło już tyle lat, że z przyjemnością przeżyłem to jeszcze raz.

Oprawa graficzna to absolutne mistrzostwo świata. Jeszcze nigdy wojna nie była tak szczegółowa. Dziesiątki dziur po kulach powstających w trakcie wymiany ognia, drzewa sypiące się w drzazgi podczas ataku artyleryjskiego, zniszczone miasta, czy przepiękna walka myśliwców nad chmurami – jest tu co oglądać. Całość okraszona jest jednym z najładniejszych soundtracków w historii serii, z bardzo ładnym motywem przewodnim, powtarzanym wielokrotnie w różnych wariacjach. To bez wątpienia najbardziej efektowny film wojenny tego roku, ale czy scenariusz dorównuje tu wizualiom? Całość obserwujemy oczami szeregowca Danielsa i jego kolegów z oddziału: Zussmana, Aiello oraz Stilesa. Męska solidarność ma być tu jednym z głównych motywów, ale ciężko jest przejmować się losami tej czwórki, kiedy połowa z nich pełni rolę wydmuszek, statystów doczepionych na siłę. Są też porucznik Turner i sierżant Pierson – o wiele lepiej napisani i zagrani od reszty. To oni świecą najjaśniej podczas kampanii. Brawa należą się zwłaszcza postaci Piersona, który intryguje do samego końca.

Kampania w COD: WWII jest nierówna. Większość pierwszej połowy nie zachwyca, a momentami wręcz nudzi. Odskocznie od zwykłego strzelania, takie jak jazda wojskowym jeepem i skradanie, wykonane są bardzo przeciętnie, przez co wywołują efekt odwrotny od zamierzonego. Momenty bohaterskie, polegające głównie na odciąganiu rannych kolegów w bezpieczne miejsce, są kiepsko zrobione i irytują. Brakuje tu świeżych rozwiązań, a gra aż prosi się o wątek poboczny na kształt tego z Infinite Warfare, w którym gracz wykonywałby szereg misji sterując czołgiem. Wolałbym żeby Sledgehammer Games poświęciło czas, który spędzili na zrobieniu tych kilku krótkich misji, na dopracowanie głównych etapów, bo mimo wspaniałej oprawy audiowizualnej, często brakuje im po prostu kopa. Na szczęście drugie pół gry to zupełnie inna jakość, a do etapów takich jak Wzgórze 493 i Ofensywa w Ardenach wrócę z przyjemnością jeszcze nie raz.

Na szczególną pochwałę zasługuje tu gunplay, a więc przyjemność, jaka płynie ze strzelania, odwzorowanie działania broni oraz jej udźwiękowienie. To jedne z najlepiej odwzorowanych pukawek w grze traktującej o II Wojnie Światowej – wygląd każdego pistoletu, karabinu, czy strzelby jest tu bardzo szczegółowy, każda broń ma odpowiedni odrzut, a dźwięki to dla fanów militariów istny miód dla uszu. Jednym słowem – gunporn. Jest to niezwykle ważne w przypadku militarnego shootera, zwłaszcza, że seria COD od lat eksperymentuje z futurystycznymi odmianami współczesnej broni i efekty są zazwyczaj mało ciekawe. Bojąc się całkiem zaszaleć niczym w Halo, twórcy ostrożnie zmieniają to, co już znamy, oferując wtórne i mało pomysłowe karabiny, strzelby, czy wyrzutnie. Powrót do klasyki to miła odmiana, a już na pewno do klasyki tak dobrze wykonanej.

Powrót do realiów II Wojny Światowej spotkał się z wielkim entuzjazmem ze strony graczy, a nowy COD zarobił 500 milionów dolarów w ciągu pierwszych trzech dni. I chociaż dla mnie kampania to krok wstecz względem zeszłorocznego Infinite Warfare, to nie mam cienia wątpliwości, że gracze będą z niej zadowoleni – zwłaszcza ci, którzy nie grają co roku w kolejne odsłony serii… To nadal kampania dająca masę zabawy (zwłaszcza jej druga połowa) i warto w nią zagrać dla samej oprawy audiowizualnej, a przecież to nie wszystko, co oferuje. Wątek fabularny może się podobać – wielka szkoda, że zapowiedzi obiecywały fabułę rodem z Brothers in Arms, a tymczasem dostaliśmy jedynie motyw luźno łączący ze sobą kolejne misje. Brawa należą się twórcom za poruszenie kwestii niemieckich zbrodni wojennych, zazwyczaj traktowanych w grach po macoszemu – szkoda, że temat pokazano tak pobieżnie, zresztą jak całą fabułę. Mało tu emocji i przywiązania do przedstawionych wydarzeń. A szkoda.

Autor: Prez

Platforma: PC, PS4, Xone

Call of Duty: WWII / Deweloper: Sledgehammer Games / Wydawca: Activision Blizzard / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od Activision Blizzard.

  • Tomasz Dziel

    Rozczarowanie, prawda. Kampania ma swoje momenty, które mogą być za jakiś czas przywoływane w odniesieniu do tej części, ale brak jej istotnego spoiwa. Widać tematy, na których chciano ją oprzeć, jednak nie zostały one odpowiednio wyciśnięte. Trochę mnie zastanawia, że częściej udaje się oddać braterstwo broni w filmach, a nie w grach, gdzie powinniśmy niektóre sprawy odczuwać mocniej. Chciałoby się gdzieś w trakcie rozgrywki uronić męską łzę. Zupełnie na poważnie jedyną grą na przestrzeni wielu lat, gdzie miałem tego rodzaju odczucia, był Titanfall 2. Więzy z BT były znacznie mocniejsze niż z kompanami w WWII, którzy byli właściwie przybornikiem różnych umiejętności. Nawet końcowa scena wiązała się bardziej z poczuciem obowiązku ubicia kolejnego nazisty w grze, niż ze wspomnianym braterstwem. Nie pomagało też to, że postaci nam najbliższe były dość kartonowe, może Pierson trochę mniej, a bardziej interesujący byli bohaterowie pojawiający się na 1-2 misje, jak Rousseau czy Crowley. Przez brak zaangażowania dość często bardziej skupiałem się na projektach otoczenia (kościół, Aachen). Niestety różne filmiki za dobrze spełniły swoje zadanie w budowaniu we mnie hype’u na kilka dni przed premierą.

    • Prez

      Zeszłoroczny IW o wiele bardziej wpłynął na mnie emocjonalnie – tam to braterstwo, o którym wspominasz, było dużo lepiej napisane i oddane. Tutaj wiem, że jestem w kompanii, wiem kto jest wrogiem i dlaczego, ale jakoś tego wszystkiego nie czuję. Chociaż jest wiele naprawdę dobrych momentów. To nie jest tak, że gra jest słaba. Po prostu my już w to graliśmy wiele razy…

      • Tomasz Dziel

        W IW końcówka bardzo mocno grała na emocjach. Oczywiście w środku kampanii też trafiały się takie chwile, ale ostatnia misja i końcowe napisy to było coś mocnego.

        • Prez

          Nie wiedziałem, że jesteś fanem COD 🙂

          • Tomasz Dziel

            Raczej nie. 🙂 Pamiętam, że pogrywałem w pierwszą misję jedynki. Potem podobał mi się MW i nawet go ukończyłem. Następne były Blopsy 3 i to raczej w multi. W IW tylko single, bo multi było zbyt podobne do poprzedniej części. No i teraz WWII, gdzie nie biega się po suficie. 😉 Jak na kilkanaście tytułów w serii, doświadczenia mam ubogie.