Bo Moizm jest fajny

Pozytywne zaskoczenie to świetne uczucie. O ile w przypadku wielu produkcji kultury popularnej stosunkowo łatwo być zaskakiwanym, tak jeśli chodzi o muzykę znanych wykonawców zdecydowanie trudniej o dobre eksperymenty. A takim właśnie jest najnowsza płyta Tomka Makowieckiego.

 

Wspomnianego artysty ciężko nie kojarzyć – popularność zdobył za sprawą pierwszej edycji programu Idol, czyli w czasach kiedy talent show dopiero w Polsce raczkowały i każde z większych przedsięwzięć tego typu zyskiwało natychmiastowy poklask. Później Makowiecki nagrał kilka płyt i wylansował parę radiowych hitów. Muzyka którą wykonywał nie raniła mojego ucha (nie zmieniałem radiostacji kiedy puszczano Miasto Kobiet), ale też nie była niczym ponad zwyczajnie pop-rockowe polskie granie. Czyli stylistykę, która nigdy nie podchodziła mi na tyle, bym chciał zainwestować choćby w jedną płytę tego pokroju.

I pewnie tyle mógłbym powiedzieć o Makowieckim gdyby nie to, że pod koniec zeszłego bądź na początku obecnego roku zobaczyłem w Empiku fajną okładkę, która z daleka zaleciała mi latami 80. Podszedłem bliżej i ujrzałem kolesia w jasnym garniturze, w białych butach (bez skarpetek), który pozuje na tle beżowej ściany i marmurów. Pomyślałem – nawiązania do Miami Vice, pewnie będą syntezatory. Zdziwiło mnie tylko, że jest to płyta Tomka Makowieckiego. Wróciłem do domu, odpaliłem Internet i dowiedziałem się, że Moizm faktycznie jest tworem opartym na syntezatorach i że oferuje zupełnie inny klimat niż poprzednie dokonania tego muzyka. Włączyłem również jeden utwór ze wspomnianego krążka i po chwili podjąłem decyzję – kupuję. Było to o tyle zaskakujące, że praktycznie nie posiadam w swojej kolekcji polskich płyt wydanych po 2000 roku.

 

moizm2

 

Moizm jednak nabyłem i wkrótce zacząłem go słuchać. Brzmienie okazało się być takie jakiego się spodziewałem. Zdziwiłem się jednak, że nie jest to płyta wypchana typowo komercyjnymi, szybko wpadającymi w ucho przebojami. Nie była to dla mnie wada – z moimi fascynacjami muzycznymi często jest tak, że to, czego bardzo dobrze mi się słucha za pierwszym razem, równie szybko wylatuje z głowy, a nawet zaczyna irytować. Tutaj musiałem się stopniowo przyzwyczajać do kompozycji i wyszukiwać co lepsze momenty. Nie nudziło mi się to wcale, a słuchając robiłem też zazwyczaj co innego, gdyż na płycie znajdują się utwory, które świetnie sprawdzają się jako dźwięki tła. Po kilku pełnych obrotach krążka byłem już przekonany, że zakup się udał, a muzyka z tego CD pozostanie ze mną na długo. Zresztą do tej pory włączam ją w różnych sytuacjach (np. w trakcie czytania).

Jak można najłatwiej scharakteryzować Moizm? Jest to płyta wypełniona łagodnymi, elektronicznymi dźwiękami syntezatora, z tu i ówdzie wplatanymi ozdobnikami w postaci gitar czy odgłosów przyrody. Owszem – znajdują się tu również „ostrzejsze” momenty, ale jest ich mało i nie rzutują one na melancholijne, ciepłe brzmienie całości. Szczególnej przebojowości brak (może poza jednym utworem). Są za to kompozycje długie i różnorodne, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że progresywne. Z kolei wokal Makowieckiego pasuje do takiej muzyki idealnie. Wszystko wskazuje na to, że Tomek czuje się w takich klimatach jak ryba w wodzie. Dorzucę też oliwy do ognia – podobnego krążka stworzonego w Polsce jeszcze nie słyszałem (jeżeli takowy znacie, napiszcie).

 

W warstwie lirycznej (autorem tekstów nie jest Makowiecki) dostajemy swoistą oniryczną abstrakcję. Nie liczcie zatem na coś z głębszym przekazem i znaczeniem – to raczej wycieczki w rejony sennych miraży.

Podsumowując, Moizm to płyta, której w wymiarze koncepcji blisko do takich perełek jak 808s & Hearbreak Kanyego Westa czy Outran Kavinsky’ego. Wszystkie te trzy krążki na swój unikatowy sposób starają się interpretować brzmienie lat 80. Makowiecki realizuje je chyba w najbardziej subtelny i wysublimowany sposób. Każdy fan starych, elektronicznych dźwięków powinien tego wysłuchać. Ja czekam na coś w podobnym klimacie.

Aka Kazz

  • Maciej Kołcz

    Z podobnych może twórczość The Dumplings?