ADR1FT

Kosmos. Bezkres nieodkrytej i tajemniczej przestrzeni, do której ludzkość ciągnie odkąd potrafi patrzeć w gwiazdy. Pełen zagadek, niewyjaśnionych zjawisk i niepojętych wydarzeń. Ale nawet tutaj jedno jest pewne. Prędzej czy później, kosmiczne gówno uderzy w kosmiczny wiatrak. Tak właśnie stało się na pokładzie stacji orbitalnej w grze ADR1FT.

Wcielając się w postać Sandry Bul… wróć… Alex Oshimy, musimy połapać się, co się stało ze stacją, załogą i spróbować wrócić na Ziemię. Zanim jednak zabierzemy się za to wszystko, musimy ogarnąć samych siebie, bo chwilę po przebudzeniu z szoku okazuje się, że nasz skafander przecieka i oddaje całkiem potrzebny do życia tlen.

screenshot-4

W tym miejscu chyba warto opisać główną mechanikę gry, która będzie nam towarzyszyć na każdym kroku, aż do samego końca rozgrywki. Tlen. Już od samego początku gra nas uczy, że warto mieć lekkiego rozbieżnego zeza, by nasze prawe oko nieustannie kontrolowało pasek w prawym dolnym rogu ekranu. To właśnie miernik życiodajnego pierwiastka. Bez niego giniemy. Mimo to muszę przyznać, że nie raz udało mi się o nim zapomnieć, gdy podziwiałem niesamowite widoki jakie serwuje nam gra. Na szczęście, poza miernikiem jest jeszcze organizm Alex, który stopniowo przypomina o kończącym się tlenie bardziej nerwowymi oddechami.

Wbrew pozorom, nawet na zdewastowanej katastrofą stacji kosmicznej tlenu jest ogrom. Wystarczy rozejrzeć się za małymi, pulsującymi na zielono zbiorniczkami, by prawie w pełni uzupełnić zapasy. Poza tym są jeszcze stacje z tlenem oraz stacje naprawcze, które uzupełniają wszelkie nasze potrzeby. W pierwszych godzinach starałem się wykorzystywać każdą możliwą kropelkę, zostawiając maksymalną ilość pojemników „na później”. Jak się okazało element survivalowy nie jest tak przerażający, jak ułożyłem sobie to w swojej głowie. Jedyne sytuacje, gdy zabrakło mi tlenu, występowały w momencie, gdy wybrałem się na zbyt długi kosmiczny spacer bez ulepszeń mojego skafandra.

screenshot-1
Właśnie – skafander. Akcja gry dzieje się w 2037, więc developer mógł odrobinkę popłynąć z wyobraźnią. Nasze kosmiczne wdzianko może regenerować swoje zniszczenia w specjalnych kapsułach, ma nieograniczone paliwo, a w dodatku też turbo doładowanie. Wszystko to stopniowo ulepszamy, by móc latać jeszcze dalej i wytrzymywać jeszcze więcej. Tutaj warto zaznaczyć jeden element, który sprzedał mi tę grę. Nie znajdziemy tu karabinów, pju pju, laserów i innych kosmicznych narzędzi zagłady. W grze nie ma też kosmitów, nadprzyrodzonych mocy, kosmicznych wizji i Georga Clooneya. Dzięki temu cały scenariusz, jak i sama gra jest wiarygodna, co w moim odczuciu pomaga w immersji w ten „świat”.

Cudzysłów jest tutaj użyty celowo, bo w zasadzie stacja kosmiczna jest całym naszym światem. Sama stacja jest całkiem duża, a efekt jej ogromu potęguje ogólnie panująca dezorientacja i fakt, że nawet z największym dopalaczem poruszamy się bardzo powoli. Jesteśmy jednak w przestrzeni kosmicznej, więc jest to całkiem zrozumiałe i nie przeszkadzało mi absolutnie w przeciwieństwie do innych gier.

screenshot-2
Graficznie jest różnie. Z jednej strony, gdy wyjdziemy na kosmiczny spacer i zobaczymy szczątki stacji kosmicznej na tle kuli ziemskiej, na którą chcemy wrócić, można się zafascynować. Ta gra aż prosi o tryb foto, którego w niestety nie ma. Developer posunął się nawet do tego stopnia strollowania gracza, że pozwolił odnaleźć nam aparat cyfrowy… którego nie możemy wykorzystać. Dostajemy jedynie wzrokową pochwałę w postaci brązowego wazonu do kolekcji.

Czasami niestety zdarza się, że wizualna orgia zostaje zakłócona przez doczytujące się obiekty, które potrafią wyskoczyć tuż przed naszym nosem. Gra ma też chwilami tendencje do klatkowania, ale dzieje się to sporadycznie, więc idzie w tym wszystkim wytrzymać.

Z czarną otchłanią nie przyjdzie nam długo walczyć, co sugeruje nawet lista wspomnianych wazonów do zdobycia. Jeden z nich otrzymamy, gdy ukończymy grę w mniej niż dwie godziny. Moja przygoda trwała około siedmiu, ale tylko dlatego, że kompletnie ignorowałem radar, który sugerował gdzie mam teraz lecieć. Wolałem odkrywać wszystko po swojemu i w swoim tempie, aż do momentu gdy faktycznie byłem zmuszony rozwiązywać problemy, by pchnąć fabułę dalej.

screenshot-3

Sama historia jest z jednej strony banalna, z drugiej strony pasuje mi do klimatu gry. Jest wiarygodna, każdy z członków załogi miał jakąś swoją osobistą historię, którą możemy poznać odnajdując osobiste zapiski rozsiane po całej stacji. Fajnie, że każdy z nich jest czytany i nie trzeba przerywać rozgrywki, by przebijać się przez ściany tekstu.

ADR1FT to wbrew pozorom bardzo spokojna gra. Mogłoby się wydawać, że próba przeżycia na zniszczonej stacji kosmicznej to nieustanne wyzwania, walka z czasem i samym sobą. Tymczasem, wszelkie zagadki czy problemy, jakie przyjdzie Wam rozwiązać, będą wymagały jedynie odrobiny refleksu i/lub cierpliwości. W dodatku większość z nich jest bardzo powtarzalnych, może wręcz monotonnych.
Gra nie będzie podnosić ciśnienia, nie połamiecie przy niej pada i nie nakrzyczycie na telewizor. To, czy potrzebujecie właśnie takiej rozrywki, pozostawiam pod ocenę Wam. Ja bawiłem się bardzo dobrze. Czasami po prostu człowiek ma ochotę całkowicie się zrelaksować. Bez krzyków, bez spektakularnych eksplozji, bez jump scare’ów. Tylko my i kosmos.

screenshot-6
Druga moja obserwacja to fakt, że gra będzie absolutnym hitem dla miłośników VR. Posiadacze PC i Oculusa już mogą bawić się z kaskiem na głowę, ale z pewnością tytuł będzie kompatybilny z PlayStation VR.

ADR1FT to gra na „raz”. Po jej ukończeniu nie miałem ochoty do niej wracać. Wcale nie dlatego, że mi się nie podobała – wręcz przeciwnie. Gra przez te kilka godzin dała mi rozrywkę, której potrzebowałem i to mi wystarczyło. Jeśli nie jesteście absolutnymi maniakami kosmosu, gwiezdnych podróży i science fiction, poczekajcie na jakieś wyprzedaże – ba – śmiem twierdzić, że to idealna gra do PS Plus.

Autor: Paweł Płocharski

Platforma: PC / PS4 / Xone

Adr1ft / Deweloper: Three One Zero / Wydawca: 505 Games / Strona Oficjalna.