Beholder

Jestem podstępnym podglądaczem…
Lubicie czuć się brudni? Proszę bardzo, Beholder czeka.

Kazano mi zainstalować kamery w mieszkaniu numer 2, bo podobno mieszkaniec to podstępny wąż, który na pewno robi coś nielegalnego. Bo przecież jak ktoś jest podstępnym wężem, to na pewno robi coś nielegalnego i jego miejsce jest w więzieniu. Ociągałem się z instalacją kamer nawet mimo telefonów z Ministerstwa i tykającego licznika misji. W końcu sam potencjalny winowajca dał mi powód. Przewrócił moją córeczkę, gdy przechodził obok niej na schodach. Trafiłby pewnie do ciupy tak czy siak, więc odrobina zemsty w żaden sposób człowieka nie ubrudzi, prawda?

Główny bohater Beholdera przeprowadza się do miasta wraz z rodziną (tata, mama, dwójka dzieci, mała dziewczynka i nastolatek), aby objąć nowe stanowisko dozorcy kamienicy. Jeden pracownik wchodzi, drugi wychodzi pod eskortą brutali z Ministerstwa. Nie udało mu się należycie wypełniać obowiązków, to znaczy informować władz państwowych na temat wykroczeń mieszkańców zniszczonego, szarego budynku zagubionego wśród tysięcy innych zniszczonych, szarych budynków.

Rodzina wprowadza się do piwnicznej nory, w której najważniejszymi sprzętami są monitory do podglądania mieszkańców i telefon do składania donosów, a ojciec rodziny od razu dostaje pierwsze zadanie – nauczyć się montować kamery pod sufitem. Na przykład we własnej kuchni. Słodko.

Potem nie jest aż tak źle. Pierwszy mieszkaniec zabrany przez służby rzeczywiście jest wstrętnym wężem, bo przecież na takiego wygląda i nikt go nie lubi. Druga sprawa nie jest aż taka prosta. Teoretycznie zbieranie informacji na temat staruszka z mieszkania numer 4 nie jest samo w sobie groźne. Ot, wiemy, że lubi grać w szachy i jeść jabłka. Oczywiście wszystko jest fajnie do momentu, kiedy nie zostaje wydany dekret, że jabłka są zabronione. Albo nie pojawia się zakaz jakichkolwiek gier. Dlaczego nie dokumentujesz wszystkiego, jak należy, nie wypełniasz druków jak przykład obywatel? Nie chcesz chyba skończyć jak swój poprzednik, prawda?

Beholder należy do tej samej, niełatwej kategorii gier, co Papers, Please Lucasa Pope’a z 2013 roku. Gier, które wciskają gracza w sytuację od samego początku przegraną, w której przyzwoite odruchy mają zawsze negatywne konsekwencje, a celem jest przeżycie jako człowiek w nieludzkich warunkach. O ile jednak utwór Pope’a stawiał gracza w roli teoretycznie neutralnej, czyli urzędnika przybijającego pieczątki na granicy, a cały horror sytuacji geopolitycznej robiącej z ludzi mielonkę, budowany był wokół prostych w swojej istocie aktywności, Beholder od samego początku stawia nas w roli jednoznacznie negatywnej z punktu widzenia obywatela demokratycznego państwa prawa.

Ciężko jest w przypadku tego typu produkcji mówić o rozrywce, bo o ile sama rozgrywka potrafi przynosić satysfakcję, jeśli chodzi o mechanizmy (udało mi się zainstalować tę kamerę, zebrać dowody, uciec, zanim obserwowany mnie złapał), to przytłaczający kontekst nie pozwala na ani chwilę zapomnieć o tym, co tak naprawdę nasza postać robi.

Beholder nie jest grą prostą i nie przynosi satysfakcji, przynajmniej tej znanej z 99% gier na rynku, nie daje spełnienia, a poczucie siły, które możemy odczuwać podczas rozgrywki nie jest w żadnym stopniu pozytywne. Łączy ze sobą beznadziejną sytuację, w której robienie tego, co koniecznie do przetrwania, równa się sprowadzaniu nieszczęścia na innych z tą mroczną stroną ludzkiej natury, która nienawidzi inności, zazdrości sąsiadom i pragnie zemsty za małe przewiny.

Podczas sesji w Beholder obserwujemy zachowania wirtualnych postaci funkcjonujących w nieludzkich warunkach, zarówno tych zamieszkujących kamienicę, jak i bohatera utworu. Po zakończonej sesji w Beholder możemy stać się obserwatorami własnych reakcji, cieszyć się, że w przeciwieństwie do części ludzkości, nie żyjemy w takim systemie i choć odrobinę budować w sobie motywację, aby nie dopuścić nigdy do tego, abyśmy w takie miejsce i czasy powrócili.

Jako młodemu ojcu ciężko jest mi nie podchodzić do Beholdera osobiście. Może dlatego ten tytuł tak skutecznie gra na moich nerwach i wywołuje stany emocjonalne, które zazwyczaj nie pojawiają się podczas „grania”. Nie jestem w stanie stworzyć w mojej głowie tego podstawowego konstruktu „gracza idealnego”, odizolowanego od własnych doświadczeń, który potrzebny jest do cieszenia się Grand Theft Auto V, mimo bzdurnie brutalnych wyczynów Trevora, czy jakąkolwiek bezmózgą młócką.

Zmusza do zastanawiania się nad tym, co zrobiłoby się w podobnej sytuacji, czego by się nie dokonało, aby zapewnić swojej rodzinie podstawowy byt. Być może nie prowadzi automatycznie do chęci wybaczania postawy „takie były czasy”, ale dodaje troszeczkę więcej do zrozumienia świata i funkcjonowania człowieka w nieludzkich warunkach.

Pieprzenie na temat tego, czego człowiek nie zrobiłby podczas okupacji, czy wojny, byłoby dużo mniej rozpowszechnione, gdyby więcej osób poznało Beholdera czy Papers, Please. Być może mniej byłoby gwałtu cywilizacji i dokładnej, plemiennej zemsty.

Autor: Michał Piwowarczyk

Platforma: PC

Beholder / Deweloper: Warm Lamp Games / Wydawca: Alawar Entertainment / Strona Oficjalna.

Grę otrzymaliśmy do recenzji od Plan of Attack.

  • Jakub Antoniuk

    Dziwna gra, takie Neighbours from Hell podlane sosem Papers Please i This War of Mine.

    • Prez

      W sumie brzmi nieźle xD